Witaj Miły Gościu na pokładzie Linii Lotniczych "Smurffair". Rozgość się tutaj - mój wirtualny barek jest zawsze obficie zaopatrzony ;) Życzę wyłącznie miłych lotów i wielu przyjemnych wrażeń!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Każdy ma swego mola.... Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Każdy ma swego mola.... Pokaż wszystkie posty

sobota, 31 stycznia 2015

O przekraczaniu progu między światem dziecka a światem dorosłych.

Sprawa wygląda następująco.

Jest matka, która mieszka razem z ośmioletnim synem. Nazwijmy go Olkiem.
Matka Olka kilka lat temu zdecydowała się na rozwód ze swoim mężem, który jest biologicznym ojcem chłopca. Kobieta absolutnie nie żałuje tego, że zdecydowała się na rozwód. Co prawda została w ten sposób samotną matką, ale dzięki temu ma wreszcie święty spokój. 
O jej byłym mężu nie można powiedzieć niczego dobrego. Od dawna jest czynnym alkoholikiem, który w domu doprowadzał do nieustających scysji i dzikich awantur. Często w trakcie tych awantur sięgał do "ostatecznego argumentu" tj. do argumentu siły...
Zależało mu jedynie na tym, aby się napić, a los żony i syna był mu całkowicie obojętny. Facet zaraz po wypłacie lubił przesiadywać w okolicznych knajpach, skąd wracał późno w nocy głośno się awanturując, a czasem nie wracał w ogóle. Jak się później okazało, gość oprócz picia lubił też romansować i czasem korzystał z noclegu oferowanego przez jedną z jego kochanek.
Dlatego kobieta absolutnie nie żałowała swojej decyzji o rozwodzie, a jedyne czego było jej żal, to fakt, że podjęła tę decyzję tak późno. Sąd na rozprawie orzekł rozwód i zasądził od ojca płacenie alimentów na rzecz syna. Mieszkanie należało do matki chłopca, dlatego po ogłoszeniu wyroku były mąż musiał się wyprowadzić. Syn został z matką, co ojciec uznał z góry za sprawę oczywistą, dlatego o przygarnięcie syna w ogóle nie zabiegał.

Kobieta pomimo rozwodu wciąż utrzymuje kontakt z byłym mężem, bo zależy jej na tym, aby syn miał kontakt z ojcem. Robi to pomimo tego, że były mąż w ogóle nie interesuje się losem Olka. Nie pomaga jej w wychowywaniu syna i albo nie płaci w ogóle zasądzonych alimentów, albo płaci tylko część tej kwoty, którą zasądził sąd na procesie rozwodowym.
W efekcie kobieta wpuszcza byłego męża do swojego domu, który bardziej niż synem interesuje się tym, aby coś wynieść z mieszkania i szybko zastawić w lombardzie, a pieniądze przeznaczyć na alkohol. Niedawno podczas "ojcowskiej wizyty" takim "łupem" okazał się tablet syna...
Eks mąż raczej rzadko przychodzi w odwiedziny, ale jak się już pojawi, to nie omieszka powiedzieć byłej żonie kilka "ciepłych słów". W zależności od nastroju wyzywa ją wówczas od suk, szmat lub ścierek. Nie zapomina jednak przy tym, aby mieć przy sobie "dyżurną" pustą reklamówkę. Ostatnio dzięki temu udało mu się skutecznie "wyczyścić" byłej żonie lodówkę - bo przecież żarcie też kosztuje, a on, biedny, nie ma kasy...

Na pytanie, dlaczego kobieta wciąż utrzymuje kontakt z takim padalcem zamiast już dawno kopnąć go w "cztery litery", odpowiada:

- To nie jest takie proste. Już dawno zerwałabym z nim kontakt, gdyby nie syn. Robię to dla niego. On bardzo kocha tatę. Ciągle o nim mówi. Dzwoni do niego albo pisze na FB. Ciągle to robi, chociaż ojciec ani nie odbiera tych telefonów, ani mu nie odpisuje. Ale to synowi nie przeszkadza. Cały czas go zaprasza. Mówi mu, że tęskni za nim, że go kocha i prosi, aby wrócił i zamieszkał razem z nim. On nie rozumie, że ojciec najzwyczajniej w świecie ma go gdzieś...
Ja nie chcę już teraz burzyć jego dziecięcego świata, bo kiedyś, gdy także miałam 8 lat, moja babcia powiedziała mi prosto z mostu, że mój ojciec to jest wyjątkowy sukinsyn, który cały czas bardzo krzywdził moją mamę i nie chciał abym się urodziła, a po moim urodzeniu po prostu nie chciał mnie znać. Było to tak gorzkie i bolesne, że tę chwilę zapamiętałam jako straszną traumę, którą rozpamiętuję przez całe dalsze życie. To był moment, kiedy babcia brutalnie wyrwała mnie ze świata dziecięcej ułudy i gwałtownie przeniosła w świat dorosłych. 
Bardzo chcę oszczędzić tego bolesnego rozczarowania mojemu synowi. On i tak z czasem pozna prawdę o swoim ojcu, ale wolę, aby odbyło się to stopniowo, w miarę jak zacznie coraz więcej rozumieć, a nie gwałtownie, tak jak to było ze mną.

Co Waszym zdaniem będzie lepsze w rozważanej sytuacji - zerwać całkowicie wszelkie kontakty z tym gadem i zburzyć przez to naiwną wiarę syna, że ojciec go kocha, czy nadal utrzymywać obecne status quo, czyli wciąż dawać się wyzywać i okradać byłemu mężowi, ale dzięki temu oszczędzić synowi brutalnego przekroczenia progu pomiędzy światem dziecka a światem dorosłych?


wtorek, 17 grudnia 2013

I tylko to cholerne prawo jazdy...

Od dawna czuje się kobietą spełnioną. Wiedzie ciekawe, urozmaicone życie. 
Żyje sobie dostatnio nie zaprzątając zbytnio swojej głowy troskami, co będzie za kilka lat. Wie, że będzie dobrze...
Dzieci od dawna samodzielne i dobrze ustawione. właściwie nie ma nic, co mogłoby zakłócić jej błogi spokój... oprócz tej jednej rzeczy... tylko to cholerne prawo jazdy od pewnego czasu spędza jej sen z powiek i nie pozwala w pełni rozkoszować się błogim życiem.
To cholerne prawo jazdy... straciła je, bo przekroczyła dopuszczalny limit karnych punktów - rzecz jasna za przekroczenie prędkości. Nie była nawet tym faktem jakoś specjalnie zaskoczona, bo prawda jest taka, że "od zawsze" lubiła szybką jazdę. Zdawała sobie przy tym sprawę, że nie jeździ zbyt ostrożnie. Cóż nie każdy przecież musi być od razu mistrzem kierownicy. 
Prawo jazdy zrobiła dawno temu, gdy nie było jeszcze tak rygorystycznych przepisów jak obecnie. Ale nawet w tamtych czasach, gdy wszyscy zdawali za pierwszym podejściem, ona zdała dopiero za trzecim razem. Od tamtych czasów jeździła przez cały czas i nie wyobrażała sobie życia bez samochodu. No, ale aż tak fatalnie nie jeździła, skoro przez ten cały czas nie miała nigdy żadnego wypadku, a jeździła nie tylko po kraju. Swego czasu była też "maluchem" w Bułgarii i w Turcji. I wszystko było dobrze. 

Teraz, na samą myśl, że musiałaby zdawać te wszystkie skomplikowane testy i inne drogowe łamigłówki, robi jej się niedobrze. No bo jak nauczyć się tego wszystkiego? O nie, po prostu nie jest w stanie, nie w jej przypadku. Nawet ludzie dość dobrze orientujący się w często zawikłanych meandrach kodeksu drogowego mają teraz kilka podejść do egzaminu, a co dopiero ona...

Mimo to, początkowo nie dawała za wygraną. Najpierw musiała zaliczyć  wielogodzinny test psychologiczny, a potem iść do starostwa po specjalne skierowanie do powtórnego zdawania. Wzięła potem kilka jazd na próbę.  Chodziła na wykłady. Za każdym razem dowiadywała się, że ma utrwalone bardzo złe nawyki. To ją szalenie deprymowało i zawstydzało. Jakby nie rozumiała poleceń.  W końcu utrwalił się w niej pogląd, że równie dobrze mogłaby próbować walić głową w mur - po prostu nie ma szans, aby ponownie zdać egzamin - i taka jest prawda.
Co z tego, że mąż jej bardzo dobrej koleżanki jest instruktorem jazdy, a nawet egzaminatorem. Pewnie bez problemu mógłby ją nauczyć, ale ona już nie potrafi się do tego zmusić.
Ogarnęła ją totalna apatia i zniechęcenie. Czasami  nadal jeździ samochodem, ale gdzieś po bocznych drogach na wsi. Do sklepu np. Jest na tyle odpowiedzialna, że w razie wypadku boi się, że nie miałaby ubezpieczenia za zdrowie, nie za samochód. 

Na razie  prawie nikomu ani słówkiem się nie zająknęła, dlaczego przestała jeździć. Jak znajomi ją czasem pytają, dlaczego nie jeździ, wykręca się jak tylko może. Ale takie sztuczne wykręty na dłuższą metę są dla niej szalenie trudne, bo przecież od dawien dawna utożsamiana jest z samochodami. Nawet jak było do przejścia przysłowiowy "rzut beretem", to ona zawsze wsiadała w auto i podjeżdżała. Teraz w zależności od sytuacji, raz się tłumaczy, że przebywa często za granicą i w kraju samochód nie jest jej potrzebny, innym razem stara się wszystko obrócić w żart. Że teraz ma kierowcę najczęściej, bo rzeczywiście czasami ją wozi uroczy młodzieniec, syn koleżanki, albo mąż oczywiście. Ale mąż pracuje w innym mieście i nie zawsze jest pod ręką. 

Fatalnie się z tym czuje. 
W rzeczywistości jest po prostu wściekła z tego powodu - bo w gruncie rzeczy nienawidzi przyznawać się do własnej słabości. W dodatku czuje się przez to wszystko głęboko upokorzona, gdyż nigdy nie znosiła transportu publicznego, a prawda jest taka, że teraz niejednokrotnie musi z niego korzystać. W mieście jeszcze jakoś daje sobie z tym radę i korzysta głównie z taksówek, podejdzie piechotą, bo nigdzie się tak właściwie nie śpieszy. Gorzej, gdy jest zmuszona wyjechać gdzieś dalej, poza miasto.
Wcześniej myślała, że uda się jej bez problemu zdobyć to prawo jazdy za granicą. Ale teraz już wie, że to wcale nie jest takie proste, ani łatwe. W Anglii , gdzie byłoby najłatwiej, bo tam są polscy tłumacze, trzeba mieć stwierdzony półroczny pobyt, w innych krajach Unii podobnie, a ona nigdy nie jest za granicą pół roku. Próbowała nawet kontaktów na Ukrainie! Ale uczyć się nie zacznie. Jakby czekała na jakiś cud. 

Czasem przychodzi jej taka myśl do głowy, że brak tego cholernego prawa jazdy stanowi największy problem, jaki mógł ją w życiu spotkać. Męczy ją to ogromnie, chociaż rzecz jasna nie daje tego po sobie poznać. 
A ponieważ nie bardzo ma do kogo się z tym zwrócić, trzyma ten problem w sobie - niestety, gryzie to ją od środka. Ona zupełnie straciła wiarę w siebie, to jest jak wszechogarniająca depresja.
Na pytanie "co dalej?" wzrusza ramionami; w gruncie rzeczy dobrze wie, że albo się przełamie i zacznie uczyć się jazdy na nowo , albo zda się na życie bez samochodu. To znaczy, samochód to ona ma, ale mąż nie daje jej jeździć, pozwala tylko czasami i nawet jest zadowolony, że ona jest taka zdana na niego.
Jak widać odzyskanie raz utraconego prawa jazdy jest dla niektórych osób prawdziwą udręką.

A jakie jest Wasze zdanie na ten temat?
Może macie jakąś wiedzę na temat ludzi w średnim wieku, którzy stracili prawo jazdy i jak sobie z tym poradzili?