Witaj Miły Gościu na pokładzie Linii Lotniczych "Smurffair". Rozgość się tutaj - mój wirtualny barek jest zawsze obficie zaopatrzony ;) Życzę wyłącznie miłych lotów i wielu przyjemnych wrażeń!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Recenzje.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Recenzje.. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 18 grudnia 2014

Do usłyszenia, Floydzi...

Jeśli ktoś w miarę regularnie i od dawna tutaj zagląda, ten powinien już dawno się zorientować, że szczególną estymą darzę angielski zespół rockowy Pink Floyd
Utwory tej grupy "puszczałem" chyba najczęściej, szczególnie dużo muzyki tej grupy jest w postach, które roboczo nazwałem "Muzyczne Inspiracje".
Dlatego ostatni album tej grupy "The Endless River", który został wydany w listopadzie br., równo 20 lat po jakże wybitnym "The Division Bell" w moim przypadku nie może przejść bez echa.
Tym bardziej, że najprawdopodobniej jest to ostatni album tej grupy, a więc pożegnalny.

http://www.independent.co.uk/incoming/article9840621.ece/binary/original/The-Endless-River.jpg

Czy jest to album porównywalny do najlepszych w dorobku grupy, takich jak "The Dark Side of the Moon", "Wish You Were Here", "The Wall", "The Final Cut" lub właśnie "The Division Bell"? No cóż, "zdania uczonych" na ten temat są zdecydowanie podzielone. Począwszy od totalnej krytykiaż po głosy tych, którzy uznają ten album za najbardziej wybitny w dorobku grupy.  Jedni zarzucają Floydom pójście na łatwiznę i bazowanie na sentymentach fanów w jakże banalnym celu nabicia sobie dodatkowej kabzy, a inni z kolei widzą w tej nowej płycie muzykę najwyższych lotów, porównywalną z ww. albumami.

No cóż, jak powszechnie wiadomo "De gustibus non est disputandum", toteż nie mam zamiaru toczyć polemiki ani z jednymi, ani z drugimi.

To będzie wyłącznie moja, zresztą bardzo osobista recenzja.

Album "The Endless River" składa się niemal wyłącznie z utworów instrumentalnych /wyjątkiem jest ostatni "Louder Than Words" ale o tym nieco później/. Słuchając nastrojowych instrumentalnych kompozycji zawartych na omawianej płycie wyraźnie słyszę fragmenty znane mi z najbardziej doniosłych, poprzednich utworów grupy. To jest dla mnie bardzo wyraźny i zarazem bardzo miły powrót do najpiękniejszych muzycznych korzeni świadczących o wielkości i legendzie Floydów.


I chociaż w mojej ocenie te nowe kompozycje - niestety - nie dorównują swoim muzycznym poziomem najpiękniejszym suitom grupy, takim jak "Atom Heart Mother", "Echoes", "Shine On You Crazy Diamond", czy "Marooned", to w warstwie brzmieniowej dosyć wyraźnie nawiązują do tych wszystkich wcześniejszych, jakże pięknych utworów. 
Wiem, że muzycy Pink Floyd nie robią tego po to, aby odcinać kupony od dawnej sławy. Przecież ten zespół nie musi już niczego udowadniać - żaden szanujący się krytyk muzyczny nigdy nie zarzuci Pink Floyd, że był zespołem miałkim, nijakim i bezbarwnym, którego płyty rozchodziły się bez echa - akurat w przypadku omawianej grupy będzie dokładnie na odwrót. W takim razie od razu nasuwa się pytanie, w jakim celu muzycy Pink Floyd wgrali te króciutkie muzyczne reminiscencje, echa dawnych wielkich utworów? Myślę, że chcieli w ten sposób przypomnieć tamte kultowe już utwory swoim fanom i spiąć muzyczną klamrą całą swoją twórczość. Jest to również subtelny muzyczny hołd złożony jednemu z filarów Pink Floyd, jakim był zmarły w 2008 roku klawiszowiec Richard Wright - jeden z twórców muzycznej legendy grupy.

Co czuję i co słyszę, kiedy słucham "The Endless River"?

Wyczuwam, że jest to płyta pożegnalna. 
Czuję, że Floydzi tą płytą chcą się pożegnać ze wszystkimi swoimi fanami, a więc także ze mną. Dlaczego na tej płycie jest tak niewiele słów? Ale po co słowa? Przecież Floydzi przemawiają do mnie swoją muzyką.

Mówią mi:
- Tą muzyką chcielibyśmy cię pożegnać, Smurffie. Miło nam, że nas polubiłeś. Mamy nadzieję, że zachowasz nas w swojej łaskawej pamięci. Chcielibyśmy dalej dla ciebie tworzyć, ale niestety, czas jest nieubłagany. Wciąż płynie i zaraz potem odpływa w dal niczym woda, która wciąż płynie w niekończącej się rzece. A więc to już wszystko z naszej strony Smurffie, bo przecież są na tym świecie rzeczy, które brzmią głośniej niż słowa /"Louder Than Words"/; a jedną z tych rzeczy jest nasza muzyka, którą po sobie zostawiamy. Zawsze będziesz mógł do niej wrócić i w ten sposób sobie o nas przypomnieć. Żegnaj Smurffie...

O czym myślę słuchając "The Endless River"?

Myślę:
- Drodzy Floydzi. Bardzo Wam dziękuję za tę płytę, którą zechcieliście się ze mną pożegnać. Tak, ja wiem, że czas jest nieubłagany, wciąż płynie i zaraz potem odpływa w dal niczym woda, która płynie w niekończącej się rzece. Ale podobnie jest też z Waszą muzyką: ona też płynie i nadal będzie płynąć, niczym woda w rzece bez końca. I chociaż łódka z napisem "Pink Floyd" odpłynęła w bezkresną dal razem z nurtem niekończącej się rzeki, to ja nie mówię Wam "żegnajcie" - bo wiem, że nigdy się z Wami nie pożegnam. Nie mówię Wam "żegnajcie" i nie mówię "do widzenia" - mówię Wam "do usłyszenia".
Do usłyszenia, Floydzi...


Uwaga do wyżej zamieszczonego klipu - w jego drugiej części  Floydzi pokazują katastrofę ekologiczną związaną z wysychaniem Jeziora Aralskiego począwszy od II połowy XX wieku. Wysychanie jeziora spowodowane jest katastrofalnymi działaniami ówczesnych władz, które zadecydowały o prowadzeniu nieracjonalnej gospodarki wodnej na tym obszarze.
W 2003 roku ruszył program naprawczy dzięki któremu być może uda się ocalić północną część zbiornika.


~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~



Z okazji zbliżających się świąt Bożego Narodzenia, chciałbym złożyć wszystkim moim czytelnikom życzenia zdrowych, spokojnych i wesołych świąt w miłej rodzinnej atmosferze oraz wszystkiego najlepszego w Nowym 
2015 Roku :)

niedziela, 7 kwietnia 2013

Cała jaskrawość.


"...I gdzieś tam wśród tej ciżby Ziemia nasza, malutka jak wisienka. I wtedy, gdy byłem poza, daleko poza, ujrzałem całą jaskrawość tego, że to w ogóle nie chodzi o to, co się na wisience dzieje. Życie, śmierć, miłość, nienawiść, dobro, zło i tak dalej, i tak dalej, ale o to wszystko razem wzięte i podane jak na tacy..."
Edward Stachura


Nie wiem czy Lars von Trier czytał Stachurę, a może oglądał wcześniej "Siekierezadę" Witolda Leszczyńskiego, niemniej w bardzo intrygujący sposób "pociągnął" temat rozmowy prowadzonej przez Michała Kątnego i Janka Praderę /granych w "Siekierezadzie" odpowiednio przez Daniela Olbrychskiego i Edwarda Żentarę/. 

Tak tak, mam na myśli omawiany przez obu ww. panów temat "całej jaskrawości".
W dodatku Lars von Trier podjął ten temat, nomen - omen, z całą jaskrawością na jaką go było stać... 

W tym miejscu wyjaśnię - chodzi mi o film von Triera pt. "Melancholia", który w zeszły czwartek miałem okazję oglądać w telewizyjnej "Dwójce". 
Film dość niezwykły pod wieloma względami.
Gdybyśmy używali języka Stachury, moglibyśmy w tym momencie lakonicznie stwierdzić, że film von Triera opowiada o dwóch "wisienkach", które przypadkowo znalazły się na kolizyjnym kursie... cały pech polega na tym, że jedną z dwóch "wisienek", podobnie jak u Stachury jest nasza stara dobra Ziemia, na spotkanie której zmierza druga "wisienka" - czyli planeta o swojsko brzmiącej nazwie "Melancholia". Skąd się wzięła? Najprościej rzecz ujmując - wychynęła z otchłani kosmosu.
Pomimo kosmicznej tematyki, reżyser nie epatuje w filmie nadmiarem kosmicznych scen. Obraz koncentruje się raczej na postawie ludzi stojących w obliczu potężnych sił natury reprezentowanej tutaj przez dwa ww. ciała niebieskie.
Ot, kolejne spojrzenie "spoza elipsy" posługując się przenośnią Steda...

Jak wygląda Ziemia widziana "spoza elipsy" oczami von Triera? 
Dość intrygująco... zobaczmy prolog filmu "Melancholia"...


Zaskakujące są pewne podobieństwa w filmach Leszczyńskiego i von Triera.
W niektórych scenach oczy Justine z "Melancholii" /granej przez znakomitą w tej roli Kirsten Dunst/ zdają się niemo wypowiadać to samo, co głośno mówi w "Siekierezadzie" Janek Pradera w rozmowie z Peresadą...


Zadziwiające jest także podobieństwo losów obu ww, postaci - wszak oboje podążają tą samą ścieżką zmierzającą w kierunku nieuchronnego końca...
Edward Żentara grający Janka Praderę mocno identyfikował się z graną przez siebie postacią. Do tego stopnia, że podobnie jak Janek /i Edward Stachura - twórca tej postaci/, w 2011 r. udanie targnął się na swoje życie...

Czy jednak jest czego żałować?
Jak mówi von Trier ustami Jasmine:
- Świat jest zły. Nie ma innego życia poza tym na Ziemi, jednak nie na długo. Nikt nie będzie po nas tęsknił
Jak dla mnie bardzo dołująca deklaracja...
Ciekawe, że w obydwu filmach, tj. i w "Siekierezadzie", i w "Melancholii" dominuje nastrój przygnębienia i swoiście pojętego wyczekiwania, przypieczętowanego zderzeniem z Nieuchronnym.

Czego mi natomiast brakuje w obu omawianych obrazach?

NADZIEI, że to nie jest ostateczny koniec... że bez względu na rozmiar zniszczeń COŚ po nas zostanie... dusza albo jakiś inny niematerialny byt... absolut... zresztą mniejsza o nazwę... jak dla mnie to bardzo krzepiąca wizja...
Wówczas byłaby to "cała jaskrawość" z którą mógłbym się bardziej identyfikować.



P.S.
Podobny temat wałkowałem już na samym początku mojego blogowania /dla zainteresowanych - tutaj/.
Czy to znaczy, że /używając słów Mości Zagłoby/ zaczynam "gonić w piętkę" i moje blogowanie zatoczyło koło? 
Mam nadzieję, że jednak nie całkiem ;)

czwartek, 23 lutego 2012

"Ostatni Mohikanin" - scena finałowa.


Okrutny i bezwględny Magua /w tej roli doskonały Wes Studi/ wraz ze swoimi wojownikami i pojmaną do niewoli Alicją Munro przemieszczają się wzdłuż stromego i wysokiego skalnego zbocza. Za nimi w pewnej odległości podąża grupa pościgowa - to Sokole Oko i Chingachgook. Ale szybszy od nich jest Unkas, który nagle zabiega drogę oddziałowi prowadzonemu przez Maguę... dalej wypadki przebiegają w sposób lawinowy, jedno zdarzenie pociąga za sobą kolejne...
W tej finałowej scenie jest wszystko, co stanowi miarę dobrego kina: miłość i nienawiść, walka na śmierć i życie bez żadnej taryfy ulgowej, ale z zachowaniem szacunku dla przeciwnika, rozpacz i zemsta, a także wybór pomiędzy życiem w niewoli a śmiercią z honorem...  a to wszystko pokazane jest w pięknych górskich plenerach, wzbogacone nastrojową i bardzo sugestywną muzyką... nic dziwnego, że ta scena mocno utkwiła mi w pamięci.

Oto ta scena w nieco poszerzonej wersji /zaczyna się od decyzji indiańskiego wodza odnośnie dalszego losu pojmanych/.


A poniżej jeszcze raz sugestywna i nastrojowa muzyka z tego filmu.

poniedziałek, 28 marca 2011

Moje ulubione filmy Andrzeja Wajdy.


Kilka dni temu, 21-go marca 2011 r. wybitny polski reżyser - Andrzej Wajda otrzymał z rąk prezydenta Bronisława Komorowskiego Order Orła Białego.
Wcześniej różnie bywało z tym najwyższym polskim odznaczeniem cywilnym, nie wszystkie nominacje były do końca przemyślane, ale tym razem Order trafił naprawdę w godne ręce.

Andrzej Wajda to wielka postać światowej kinematografii, prawdziwy Mistrz reżyserskiej sztuki. Ma w swoim reżyserskim dorobku wiele bardzo dobrych filmów, a niektóre z nich uznaje się za filmy wybitne.

Korzystając z okazji uhonorowania Andrzeja Wajdy Orderem Orła Białego chciałbym dziś  przypomnieć kilka filmów Wielkiego Reżysera, które należą do moich ulubionych. Przypomnę  sceny z tych filmów, które najbardziej zapadły mi w pamięć. Niektóre z nich przeszły już na stałe do historii polskiego kina.
Pod wybranymi przeze mnie tytułami kryją się też linki. Warto je kliknąć, aby zobaczyć, co sam Andrzej Wajda mówi o swoich filmach, po wielu latach od ich nakręcenia.


Warszawa, koniec września 1944 roku. Powstanie Warszawskie dogorywa. Miasto jest już w większości opanowane przez wojska niemieckie. Oddział powstańców pod dowództwem porucznika "Zadry" chce się wydostać z oblężonego przez Niemców Mokotowa. Powstańcy schodzą więc do kanałów ściekowych, aby tą drogą przedostać się do wciąż walczącego Śródmieścia. Jednak dla wielu z nich kanały stolicy okazują się pułapką bez wyjścia. Film opowiada o dramacie powstańców, którzy zostali schwytani w tę pułapkę. To właśnie tam, kilka metrów pod ziemią, w cuchnących kanałach wypełnionych fekaliami, rozgrywają się ludzkie dramaty - dla uwięzionych w nich powstańców prawda okazuje się gorsza niż można to było sobie wyobrazić. Niektórym udaje się  w końcu wyjść z kanałów, ale wychodzą na powierzchnię prosto pod lufy żołnierzy Wehrmachtu...



Zobaczmy, co mówi o tym filmie sam Reżyser...
"Ostatni dzień wojny. Poranek pierwszego dnia pokoju. Pokazać tej szczególnej nocy losy młodego człowieka uwikłanego w okupacyjną przeszłość, zmęczonego bohaterstwem, przeczuwającego inne, lepsze życie. Cóż to za piękny temat do filmu. Tej szczególnej nocy spotyka się przeszłość z przyszłością - i zasiada do jednego stołu. Przy akompaniamencie tang i fokstrotów bohater filmu, Maciek Chełmicki, szuka odpowiedzi, jak żyć dalej - jak zrzucić dławiący bagaż przeszłości, rozwiązuje odwieczny dylemat żołnierza. Słuchać czy myśleć. A jednak Maciek zabije... Woli zabić człowieka, nawet wbrew sobie, niż oddać broń; postąpi jak przedstawiciel tego pokolenia, które liczy tylko na siebie i na pistolet dobrze ukryty, pewny i nie chybiący.".

Andrzej Wajda w tych kilku zdaniach mówi o tym filmie właściwie wszystko, co najważniejsze.
W pamięci zachowałem zwłaszczę symboliczną scenę zapalnia "zniczy", gdzie Wielki Reżyser oddaje hołd tym, którzy oddali życie w walce za nasz kraj i jednocześnie zadaje retoryczne pytanie, czy ta najwyższa ofiara poniesiona przez młodych ludzi miała w ogóle jakiś sens...



Łódź, lata 80-te XIX wieku. Miasto jest przedstawione w tym filmie jako tytułowa "ziemia obiecana". To właśnie tam jak grzyby po deszczu wyrastają nowe fabryki i manufaktury.
W pogoni za zyskiem pojedynczy człowiek przestaje się liczyć. Traktowany jest jak kolejna maszyna, która ma przynosić dochód. Bo liczy się tylko kapitał, nic więcej. Trwa bezpardonowa walka o jego zdobycie, walka bez żadnych reguł i zasad.
Walka, w której cel uświęca środki...
Pokazuje to także scena, w której Moryc Welt przychodzi do Grünspana, aby oznajmić, że nie odda pożyczonych odeń trzydziestu tysięcy marek, bo taki kapitał jest mu potrzebny do rozkręcenia własnego interesu...



Nowa Huta pod Krakowem, lata pięćdziesiąte XX wieku. Przodownik pracy socjalistycznej, Mateusz Birkut powoli odkrywa, że pod maską pięknych i szczytnych haseł, pod świetlaną fasadą kraju w którym przyszło mu żyć i pracować, kryje się przede wszystkim obłuda, cynizm, fałsz i  zakłamanie komunistycznych władz...
Dwadzieścia lat później tego samego odczucia doświadcza także Agnieszka, która jako początkujący filmowiec pilnie śledzi losy Birkuta, bo chce nakręcić film o jego życiu...
Wybrana przeze mnie scena pokazuje jak Mateusz Birkut nieustępliwie poszukuje swojego kolegi Witka, który nagle w jakiś dziwny sposób "zniknął" w jednym z gabinetów należących do UB...
Bohater filmu jeszcze wierzy władzy, ale pewien cień wątpliwości już zaczyna w nim kiełkować... dostrzega, że nie wszystko wokół niego jest szczere... czuje, że władza prowadzi z nim jedynie cyniczną grę...



Dalszy ciąg "Człowieka z marmuru". 
Koniec lat 70-tych XX wieku. Agnieszka oraz Maciek, syn Mateusza Birkuta już dawno pozbyli się złudzeń - wiedzą, że komunistyczna władza permanentnie oszukuje swoich obywateli, dlatego prowadzą  z nią cichą wojnę.
Andrzej Wajda w swoim filmie wyraźnie podkreśla, że właśnie dzięki takim ludziom jak para głównych bohaterów, mogła powstać "Solidarność", co w konsekwencji doprowadziło do upadku komunizmu w naszym kraju.
Wybrana przeze mnie scena pokazuje jak Agnieszka z początkującego filmowca błyskawicznie staje się persona non grata w filmowym światku. Tylko dlatego, że chciała w swoim filmie pokazać prawdę o ostatnich chwilach życia Mateusza Birkuta, a więc o wydarzeniach na Wybrzeżu w grudniu 1970 roku...



Dwudziestolecie międzywojenne.
Wiktor Ruben, mężczyzna dobiegający 40-stki odwiedza swoich krewnych, u których nie był od 14 lat. Jego pamięć skrzętnie zanotowała to wszystko, co się wydarzyło 14 lat temu. Pamięta tamto miejsce i tamten czas. Niestety, od tamtego czasu wszystko się zmieniło. Już nie ma tego młodego chłopaka jakim był, nie ma też tych panien z Wilka, jakie zapamiętał... czas wszystko zmienił...
"Panny..." to najpiękniejszy film o przemijaniu, jaki znam. Stonowane, bardzo melancholijne zdjęcia oraz piękna, bardzo sugestywna muzyka skrzypcowa Karola Szymanowskiego dopełnia obrazu całości.
Dla mnie to filmowe arcydzieło, prawdziwy diament wśród klejnotów polskiej filmoteki.
Posłuchajmy, co mówi o "Pannach..." i o samym Andrzeju Wajdzie, Stanisława Celińska - aktorka, która w omawianym filmie grała rolę Zosi. 



Stanisława Celińska ma rację - chodzi głównie o wzruszenia, a ten film takich wzruszeń dostarcza.
W wybranej przeze mnie scenie Wiktor Ruben na podstawie spóźnionej poziomki tłumaczy coraz bardziej zauroczonej nim Tuni, że wszystko ma swój czas i swoje miejsce. Młoda dziewczyna nie bardzo go rozumie, ale Wiktor wie co mówi - w końcu on także w tym miejscu i czasie czuje się taką "spóźnioną poziomką"...



Film opowiada o tym, w jaki sposób zbrodnia katyńska i głoszone przez wiele lat przez komunistyczną władzę tzw. "kłamstwo katyńskie" rzutuje na dalsze losy rodzin ofiar, a także na tych, którym udało się przeżyć masakrę. 
Film kończy się dramatyczną reminiscencją, która pokazuje jak mogła w rzeczywistości wyglądać zbrodnia dokonana wiosną 1940 roku w Katyniu.
Właśnie te końcowe sceny, gdy polscy jeńcy wojenni są mordowani z zimną krwią przez żołnierzy NKWD wywarła na mnie największe wrażenie.
Zobaczmy, jak to wyglądało w filmie Andrzeja Wajdy...


A na zakończenie tego posta, z okazji zbliżającej się kolejnej rocznicy zbrodni katyńskiej, posłuchajmy tego przejmującego utworu Pawła Kukiza...

poniedziałek, 16 kwietnia 2007

Przeczytałem "S@motność w Sieci".

   Gdybym miał jednym zdaniem określić "SwS", napisałbym: "Taki nowoczesny Harlequin,  osadzony w realich netowych przełomu XX i XXI wieku".

   Powieść J.L. Wiśniewskiego nie zrobiła na mnie jakiegoś szczególnego wrażenia. Myślę, że jest to głównie książka przeznaczona dla kobiet. Wszystko tam jest sfeminizowane, począwszy od niuansów zapachowych, a skończywszy na głównym bohaterze, czyli Jakubie.
   Pewnym paradoksem jest fakt, że autor, jak gdyby przez nieuwagę zapomniał nadać imię kobiecie, która oprócz Jakuba, jest główną bohaterką powieści. A ponieważ określenie Ona, w moim mniemaniu brzmi raczej głupio w odniesieniu do głównej bohaterki powieści, zatem pozwolę sobie na użytek tego posta nazwać ją Anną, bo to jest akurat jedno z damskich imion, które mi się najbardziej podobają.
   Omawiana książka jest wg mnie naciąganą łzawą historią, która w zamyśle autora ma prawie każdą czytelniczkę doprowadzić do płaczu. Smutne w tej powieści jest prawie wszystko: główni bohaterowie, ich płomienny, ale krótki romans, a nawet maile, które nader często do siebie piszą.
   W dodatku autor, aby całkiem zdołować czytelniczki wprowadza do powieści sporo smętnych historyjek, które bynajmniej nie kończą się happy endem. Wszystko ma na celu uświadomić owym czytelniczkom, że życie bynajmniej lekkie nie jest, a potem się umiera...
   Anna, przy całym swoim życiowym pechu /bo trafił się jej nieczuły i do tego mało wrażliwy mąż/, obdarzona jest niesamowitym szczęściem - otóż decyduje się wysłać maila do nieznanego mężczyzny, którego dopiero co spotkała w Sieci. A wybrany przez nią facet /Jakub/ nie tylko okazuje się mózgowcem i romantycznym wielbicielem kobiecej psyche, wielkim znawcą win, czy też specem od zapachów, ale też w dodatku całkiem niezłym kochankiem, jednym słowem multiinstrumentalista w każdym calu. Z takim szczęściem nasza Anna powinna śmiało obstawiać zakłady w Lotto, bo wygrana byłaby niemal pewna.
   Interesujący jest przy tym los Jakuba. To nic, że jest z niego chodzący debeściak, po prostu bożyszcze damskiej części tego świata. Otóż Jakub, wbrew wszystkim swoim zaletom jest wciąż samotny. Jak to możliwe? No bo jak dotąd, to prawie żadna kobieta jeszcze się na nim nie poznała i dopiero nasza Anna odkryje go przed światem, wysyłając do niego tego swojego maila...
   Przyznaję, że książka zawiera oprócz łzawej wiodącej treści, także sporo ciekawych sentencji i jako zbiór luźnych historyjek czyta się ją dość gładko, ale jako całość stanowi po prostu ckliwe romansidło, taki damski wyciskacz łez.
   Walnie przyczynia się do tego postać Jakuba, neurotycznego nadwrażliwca, który jest aż tak bardzo wrażliwy i czuły, że bez zbytnich oporów pozostawia zakochaną w nim bez pamięci kobietę /Jennifer/, no bo... jest właśnie taki wrażliwy i czuły...
   Zastanawia mnie tylko jedno - dlaczego autor postanowił, że Jakub będzie obchodził swoje urodziny tego samego dnia, kiedy ja obchodzę swoje? Czyżby J.L. Wiśniewski nie sprawdził zodiakalnych cech mężczyzn urodzonych owego dnia? A może myślał, że będę się czuł zaszczycony z tego powodu?
Jeśli tak, to jest w błędzie - dla mnie to obciach.

  
http://gfx.filmweb.pl/po/52/02/195202/7107753.2.jpg