Witaj Miły Gościu na pokładzie Linii Lotniczych "Smurffair". Rozgość się tutaj - mój wirtualny barek jest zawsze obficie zaopatrzony ;) Życzę wyłącznie miłych lotów i wielu przyjemnych wrażeń!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pytanie na śniadanie.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pytanie na śniadanie.. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 22 marca 2015

Ciąg dalszy nastąpi?

Rok 2015 był to dziwny rok, w którym rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne zdarzenia.
Początkowo zima nastała tak lekka, że najstarsi ludzie nie pamiętali podobnej. 
Już sam fakt, że od dawien dawna nadmierne opady śniegu nie zaskoczyły drogowców, przez co dróg krajowych wcale nie zawiało, zwiastował nieszczęście jakoweś, co to w powietrzu już z dawien dawna wisieć mogło. 
Później mrozy, co to cały kraj w okowach lodu tradycyjnie skuwały, wcale w tym roku nie nastąpiły, co niechybnie zwiastować musiało nieszczęście tym gorsze.

Zaś z końcem zimy nastąpiły jeszcze bardziej niezwykłe wydarzenia. 
Owoż niepisaną tradycją w tym kraju się stało, że rok za rokiem pod koniec zimy na południu miały miejsce różnorakie powodzie lub co najmniej podtopienia. Ale natura dała tym razem widomy sygnał, że prawdziwe nieszczęścia miały dopiero nadejść, skoro żadne powodzie, ani też podtopienia w tym roku nie nastąpiły.

Już wtedy co mądrzejsi i starsi w rodach zaczęli wietrzyć szczególne nieszczęścia, gdy natura dała jeszcze bardziej widome sygnały, że zdarzenia jakoweś nadzwyczajne się szykują.

Najpierw była to niezwyczajna łuna widoczna na nocnym niebie, którą zazwyczaj jedynie ludy dalekiej północy widzą, przez co "zorzą polarną" się zowie.
Tymczasem w połowie marca biła owa łuna na polskim niebie wabiąc swymi pięknymi kolorami niczym jakowaś nocna nadzwyczajna tęcza.

http://static.twojapogoda.pl/2014/09/zorza1.png

Ale nie był to wcale kres dziwom, jakie natura tamtej wiosny pokazała.

Zaledwie kilka dni później czarny krąg Księżyca gwałtem wdarł się w jasną słoneczną kulę i zakrył jej świecącą połowę na kilka kwadransów...

http://www.kopernik.org.pl/fileadmin/user_upload/aktualnosci/2015/03/zacmienie_370x560.jpg

 ...przez co widomym się stało, że jakoweś nadzwyczajne wydarzenia wkrótce całą rodzimą ludzkość czekają...

Cdn.?

/Pisząc niniejszy post wzorowałem się na początku powieści "Ogniem i mieczem" Henryka Sienkiewicza/ :)


środa, 28 stycznia 2015

Bycie przyzwoitym - co to znaczy?

An-Ka opublikowała wczoraj post pt. "Przyzwoitość...".
Przeczytałem i zastanowiłem się, co tak naprawdę to słowo dla mnie oznacza. 
I szybko zrozumiałem jak ważne, akurat w przypadku tego słowa jest zastrzeżenie "dla mnie". Bo myślę, że dla każdego z nas określenie "przyzwoity człowiek" może oznaczać kogoś innego.

Autorka definiuje ową ludzką przyzwoitość w czterech krótkich punktach:

1. posiadanie zbioru zasad
2. wierność tym zasadom
3. liczenie się z innymi ludźmi
4. stawianie człowieka nad ideą.

Niby wszystko OK. Krótko, jasno i na temat. Ale czy nie nazbyt ogólnie, bez oglądania się na okoliczności? Obawiam się, że niestety, zbyt ogólnie. Wiadomo przecież, że diabeł, zazwyczaj ukryty jest w szczegółach. Pominę już rozpatrywanie przypadku, gdy dany człowiek został wychowany w odmiennym kręgu kulturowym. W takiej sytuacji nie ma mowy o ustaleniu, jakie zachowanie będzie przyzwoite, a jakie nie, gdyż normy moralno - etyczne społeczeństw pochodzących z odmiennych kręgów kulturowych wykazują zbyt daleko idące rozbieżności. 
Ale nawet jeśli weźmie się pod uwagę wyłącznie ludzi wychowanych w naszej rodzimej kulturze, sprawa wcale nie jest prosta. W grę wchodzi nasze indywidualne postrzeganie tego, co uważamy za przyzwoite zachowanie. Wszak jesteśmy różni i różnie postrzegamy otaczającą nas rzeczywistość. Oczywiście w większości przypadków poszczególne sytuacje możemy oceniać w podobny sposób, ale po pierwsze, z reguły nie będziemy w tej ocenie jednomyślni, a po drugie - każdy z nas ma jednak nieco inne kryteria przyzwoitego postępowania, toteż zastosowanie wspólnego mianownika dla czegoś takiego jak przyzwoitość wydaje mi się mało realne.


wtorek, 20 stycznia 2015

Czy potrzebna jest edukacja seksualna u przedszkolaków?

Moim zdaniem - nie. 
Gramatycznie wyraz "dziecko" jak powszechnie wiadomo jest rodzaju nijakiego, co oznacza, że dzieci powinny być trzymane z dala od spraw seksu i wychowania seksualnego, bo wciskanie im jakiejkolwiek wiedzy z tego zakresu jest tylko niepotrzebnym mąceniem w ich dziecięcych główkach.

Zupełnie inaczej do tej kwestii podchodzi się na Zachodzie - tam w coraz większym stopniu kładzie się nacisk na wczesne uświadamianie seksulne.
Niedawno szwedzka telewizja publiczna wyemitowała program dla dzieci, którego bohaterami były śpiewające i tańczące narządy płciowe. 
„Siusiak w pełnym galopie” i „Cipka wyglądająca elegancko” z piosenki „"Snoppen och Snippan" wyemitowanej w szwedzkim programie dla dzieci „Bacillakuten” od kilku dni robią furorę na YouTubie. 
Zobaczmy jak wygląda ten teledysk:


Z kolei w sąsiedniej Norwegii w podręcznikach dla dzieci uczących się literek pojawiły się takie oto kolorowe obrazki stanowiące "pomoc dydaktyczną":


http://telewizjarepublika.pl/imgcache/670x375/c/uploads/news/1_88.jpg

Ale na tym nie koniec. 
Z programu Janka Pospieszalskiego pt. "Warto rozmawiać" wynika, że w Niemczech niejako "przy okazji" indoktrynuje się dzieci lansowaniem tezy, że "przyjaciel taty może z powodzeniem zastąpić mamę". 
Popatrzmy, jak się to odbywa:


Czy Polska oprze się przed lansowaniem "uświadamiania seksualnego" tego typu?
Słuchając Senyszyn, Szczukę, Grodzką itp."wyemancypowane kobiety" mam co do tego spore wątpliwości.


piątek, 26 września 2014

Obelgi, insynuacje, ataki ad personam, wycieczki osobiste, itp.

Czytając zażarte dyskusje dwóch lub więcej antagonistów, których komentarze pełne są różnych insynuacji, mniej lub bardziej zawoalowanych wycieczek osobistych, a czasem także rozmaitych przytyków kierowanych ad personam w stronę przeciwników, zastanawiam się co jest tego przyczyną. Czy nie jest czasem tak, że osoba kierująca ataki tego typu sama czuje się niedowartościowana i usiłując pognębić swojego przeciwnika jednocześnie próbuje w ten sposób się dowartościować? A jeśli tak, to co stanowi właściwą przyczynę? Czy nie jakieś głęboko skrywane kompleksy, które powodują, że osoba niedowartościowana musi najpierw w jakiś sposób pogrążyć swojego interlokutora, wywyższyć się, bo inaczej nie potrafi prowadzić równorzędnej dyskusji? Czyżby więc u podłoża tego zjawiska leżała psychologia?

Tak czy inaczej, osoba dokonująca ataków tego typu osiąga efekt przeciwny do zamierzonego. Przynajmniej w moich oczach. Jeśli czytam komentarz pełen inwektyw, w którym zawarte są wycieczki osobiste lub w którym miota się obelżywe uwagi pod adresem swojego przeciwnika, wtedy niejako automatycznie moja szala sympatii zaczyna przechylać się w stronę ofiary takiej słownej agresji. Natomiast ów agresor tę moją sympatię zaczyna tracić.

Czy Wy też tak macie?


wtorek, 11 marca 2014

Czy coś jest nie tak z niemieckimi funkcjonariuszami, czy raczej z naszymi politykami?

Niedawny incydent z udziałem Jacka Protasiewicza na jednym z niemieckich lotnisk przypomniał mi podobną historię z udziałem innego polskiego polityka parę lat temu, a mianowicie Jana Marii Rokity. 
Oba incydenty miały w sumie dość podobny przebieg: oto dwaj znani polscy politycy wchodzą w konflikt z niemieckimi funkcjonariuszami i wychodzą z tego pokonani; górą są niemieckie służby, a kariera dwójki bohaterów zamieszanych w te incydenty ulega gwałtownemu załamaniu.
W tej sytuacji niejako automatycznie nasuwa się pytanie: co takiego jest w niemieckich umundurowanych funkcjonariuszach, że aż tak nie lubią polskich polityków?
Będzie to jednak klasyczne odwracanie kota ogonem. 
Bo w tym wypadku wcale nie chodzi o niemieckich funkcjonariuszy; oni tylko pilnują ładu i porządku - w myśl znanego nie tylko wśród Niemców powiedzenia "ordnung muss sein". 
A więc prawidłowe pytanie brzmi: "co takiego jest w naszych rodzimych politykach, że niemieckie służby mundurowe wydają się ich nie lubić"?
Spróbuję odpowiedzieć na to pytanie: otóż nasi rodzimi politycy /i nie tylko oni, bo ta przypadłość dotyka w naszym kraju prawie wszystkich ludzi postawionych wysoko "na świeczniku" niezależnie od tego, czy są to ludzie władzy, artyści, czy też celebryci różnej maści/ czują się jak święte krowy i wszędzie, nie tylko u nas, lubią być traktowani w sposób szczególny. I o ile w naszym kraju uchodzi im to z reguły na sucho /to nawet mało powiedziane - bo z reguły właśnie tak są traktowani/, o tyle w starciu z niemieckimi służbami, które mają wpojone, aby wszystkich bez wyjątku traktować jednakowo, stoją na z góry straconej pozycji. A już szczególnie będą mieli przechlapane ci,  którzy chcą niemieckim umundurowanym funkcjonariuszom za wszelką cenę pokazać jacy to oni są ważni i czego to oni nie mogą. No bo przecież mają się za jakąś "szczególną kastę ludzi". Właśnie w tym tkwi bezpośrednia przyczyna zaistnienia incydentów z udziałem JMR oraz JP - gdyż obaj domagali się przywilejów i specjalnego traktowania w sytuacji, gdy im się to faktycznie nie należało. Zaś całe "zło" niemieckich służb mundurowych polegało na tym, że im to brutalnie uświadomiły. 
I chwała niemieckim funkcjonariuszom za to, że potrafią sprowadzić tego typu ludzi do parteru - bo u nas w kraju jest to nie do pomyślenia.

Inna sprawa, że Niemcy w swoim kraju czują się niezwykle pewnie i także z tego powodu zdarza im się "wdeptać w ziemię" naszych rodzimych polityków - ale to już jest temat na osobny post.


poniedziałek, 3 lutego 2014

Czy bycie nickiem oznacza, że jest się nikim?

Jak to jest Waszym zdaniem z tym wirtualnym życiem? 
Jaki jest Wasz stosunek do ludzi ukrytych pod różnymi nickami? Jak ich traktujecie? Czy bycie nickiem oznacza, że tak naprawdę jest się nikim? 
Czy można człowieka znieważyć, zbyć, zmieszać z błotem, potraktować "z buta" tylko dlatego, że ten człowiek ukrywa się pod jakimś nickiem? Czy fakt, że ktoś po drugiej stronie kabelka jest tylko nickiem upoważnia ludzi do zachowań, na które w realu nigdy by sobie nie pozwolili?
Skąd się bierze w ludziach to nabyte a priori przeświadczenie, że osoby poznane by net są nic nie warte i faktycznie stanowią jakąś niższą kastę w stosunku do ludzi poznanych w realu?

Pisałem już na ten temat /najwięcej chyba w tych dwóch postach - tutaj i tutaj/, ale jakiś czas temu przeczytałem maila, gdzie to dezawuowanie wirtualnych znajomości zostało po raz kolejny dość dobitnie zaakcentowane - i dlatego po raz kolejny wracam do tej sprawy:
"zastanawia mnie, że ktoś z blogerów, ktoś kogo na oczy nie widziałam i nie miałam możliwości ani przyjemności w realu wymienić pozdrowienia z tym kimś, chce o mnie to i owo wiedzieć".

Czy po przeczytaniu tej wypowiedzi poczułem się zaskoczony tym, że kogoś dziwi fakt, iż o coś pytam? 
Nie, akurat to mnie nie zaskoczyło - przyznaję, że owszem, czasem pytam ludzi o różne rzeczy, ale to już wyjaśniłem w moim poprzednim poście, a więc nie w tym rzecz.
Uderzyło mnie natomiast w tym cytowanym fragmencie to, jak łatwo i niejako automatycznie ludzie ustawiają sobie hierarchię wartości wśród poznanych przez siebie ludzi - gdzie ludzi poznanych by net z miejsca pakuje się do worka z napisem "wirtualni ludzie" /czytaj: "nie wiadomo kto"/, a do drugiego worka z napisem "prawdziwi ludzie" upycha się ludzi poznanych w realu. Przy czym gradacja jest tutaj oczywista - tych pierwszych traktuje się podejrzliwie, z nieufnością i zawsze z wielkim dystansem, a dopiero tych drugich traktuje się jak prawdziwych ludzi. 
Nie oszukujmy się - takie jest stereotypowe podejście większości osób w stosunku do wirtualnych i realnych znajomości. 
Zastanawia mnie, dlaczego tak jest. Dlaczego wirtualne znajomości są z miejsca powszechnie dezawuowane, a te zawierane realnie w powszechnym odbiorze oceniane są jako "te lepsze". Lepsze, bo namacalne, a więc prawdziwe, gdzie można człowiekowi popatrzeć prosto w oczy. W wirtualu jak wiadomo nie można, a więc takie znajomości już z samego założenia nie mogą być prawdziwe. Tak uważa większość z nas. Nie wiem, czy miernikiem w tym wypadku jest właśnie ta możliwość spojrzenia w oczy swemu rozmówcy, czy też odgrywają tutaj rolę jakieś inne czynniki. W każdym razie w powszechnym odbiorze wirtualne znajomości są be i liczą się tylko te realne.

Ja się z tym nie zgadzam. Nie dokonuję żadnych selekcji dotyczących poznanych ludzi. Nie dzielę ludzi na tych poznanych poznanych by net i na tych poznanych w realu. Brak kontaktu wzrokowego/realnego z poznanym człowiekiem nie jest dla mnie żadną przeszkodą.
Jak już wiele razy pisałem, dla mnie za każdym nickiem kryje się człowiek. Taki z krwi i kości. Czasem jest to także oszust, który wraz ze swoim nickiem przywdziewa jakąś sztuczną maskę. Ale czy inaczej jest w realu? Ileż to razy mamy w życiu do czynienia z oszustami podającymi się za kogoś innego niż faktycznie byli? Skąd więc to nadrzędne, wpojone ludziom przekonanie, że realne znajomości są bardziej wartościowe niż te wirtualne?

Pod moim ostatnim postem Jaśmi pisze: "Człowiek- zawsze jest z krwi i kości, na blogu tylko słowa, słowa, słowa.". 
Czyżby?
Dla mnie człowiek jest zawsze z krwi i kości - ten w realu i ten w wirtualu też. A "słowa, słowa, słowa" cechują zarówno ludzi poznanych wirtualnie, jak i tych poznanych realnie. Nie ma tutaj dla mnie żadnej istotnej różnicy.
Nie jest przypadkiem, że ten post napisałem bezpośrednio za tym, gdzie napisałem, czego szukam na blogach. Bo jeśli na blogach szukam człowieka, to siłą rzeczy jestem zobligowany do tego, aby wirtualnych ludzi postrzegać tak samo, jak tych realnych. 
A więc pisząc ten post w pewien sposób postawiłem kropkę nad "i".

Reasumując - miło mi Was poznać na moim blogu - teraz już wiecie, że traktuję Was tak samo, jakbym Was poznał w realu.
A więc jak ludzi, a nie jak "nie wiadomo jakie, nic niewarte, bezimienne" nicki.


poniedziałek, 20 stycznia 2014

Policjant - przyjaciel czy wróg?

Zasadniczo nie lubię policjantów. 
Być może dlatego, że jeszcze nie udało mi się w życiu trafić na takiego, który byłby naprawdę sympatyczny. Wiem, policjant wcale nie musi być sympatyczny, aby prawidłowo wypełniał swoje obowiązki. Ale naturalna sympatia chyba nie powinna mu w tym przeszkadzać, prawda? Sam nie wiem, może ci sympatyczni kandydaci na policjantów są eliminowani już w trakcie naboru i zostają tylko naburmuszone, mało sympatyczne mruki, które nie potrafią po ludzku się odezwać, tylko od razu suchym, urzędniczym tonem zwracają się do człowieka jakby był jakimś potencjalnym przestępcą. I nieważne jest w tym momencie, czy zgubiłeś się w obcym mieście i pytasz o drogę, czy też jesteś przesłuchiwany na okoliczność włamania do twojego domku letniskowego. Zarówno w jednym jak i w drugim wypadku jaśnie pan policjant potraktuje cię jak zło niechciane, które nagle zaczęło uprzykrzać mu życie.

Pamiętam jak kiedyś wjechał w mojego rzęcha jakiś roztargniony gostek swoim 20-tonowym "autkiem". Nie było wtedy czasu na spisanie oświadczenia sprawcy wypadku i w efekcie byłem zmuszony udać się później do Miejskiej Komendy Policji celem ustalenia polisy OC sprawcy wypadku. Dyżurna policjantka z miejsca potraktowała mnie jak jakiegoś intruza, który śmie zakłócać jej błogi spokój. Na początku zaczęła zasłaniać się ochroną danych osobowych, na co zwróciłem jej uwagę, że przecież nikt inny nie udzieli mi takich informacji, a ja nie mam zamiaru pokrywać kosztów wypadku, który spowodował inny kierowca. Dopiero wtedy nadąsana primadonna zaprowadziła mnie do swojego szefa, który o dziwo się ze mną zgodził. Ale dalej wcale nie było lepiej. Całe to umundurowane towarzystwo traktowało mnie wtedy jak jakiegoś upierdliwego natręta, który przyszedł tylko po to, aby im przeszkadzać w pracy.

Żałuję, że na przełomie lat 80/90 nikomu nie przyszło do głowy, aby wszystkie służby mundurowe utworzyć całkiem od nowa. Pozbyć się tych wszystkich "zasłużonych towarzyszy", którzy do tego czasu służyli komunie, a w ich miejsce dokonać rekrutacji nowych służb. Być może nowi funkcjonariusze daliby Policji nową markę, nieskażoną słynnym ZOMO-wskim szpalerem i laniem białą pałą wszystkich obywateli jak leci...

Jak wiadomo - ryba psuje się od głowy. 
A kto był w tamtym czasie "głową" Policji? Tylko i wyłącznie partyjni aparatczycy, wierne pachołki władzy komunistycznej, którzy robili wszystko, aby przypodobać się swoim mocodawcom. Ludzie - chorągiewki bez klasy i bez honoru, pozbawieni kręgosłupa moralnego i często także etycznego. Ta zaraza, która wówczas została razem z nimi, zainfekowała później wszystkie służby mundurowe, Policji nie wyłączając. W naturalny sposób zostały nią później skażone także młode kadry, które dopiero wstępowały w szeregi Policji i z komunizmem nie miały nic wspólnego. W efekcie policjanci zamiast wyłapywać bandytów i wsadzać ich do więzienia, często sami chętnie z nimi współpracują. Sprawa Olewnika jest tylko wierzchołkiem góry lodowej, bo o wielu sprawach tego typu można usłyszeć tylko w serwisach lokalnych, media niezbyt chętnie to nagłaśniają. A szkoda, bo moim zdaniem powinny - policjanci powinni być jak żona Cezara, poza wszelkim podejrzeniem. Tymczasem w Polsce współpraca policjantów z bandziorami jest na porządku dziennym. To przykre, gdy obywatel idąc na policję odczuwa obawę, że policjant zamiast mu pomóc, będzie współpracował z bandytą przeciwko niemu; czuje się wówczas zaszczuty i tak naprawdę - bezbronny. Bo gdzie ma wówczas pójść? Jedyne co mu wtedy pozostaje, to modlić się, aby funkcjonariusz prowadzący jego sprawę nie okazał się kolejną "wtyczką" bandziorów.

Spektakularne porażki Policji utwierdzają mnie w przekonaniu, że nasi "stróże prawa" o wiele bardziej stanowią zgraję niezdarnych fajtłapów, niż prężnej umundurowanej formacji mającej za zadanie zapewnienie ładu i porządku. Ślimaczące się już ponad 10 lat dochodzenie w sprawie zabójstwa Marka Papały /wyjaśnienie tej sprawy Policja brała początkowo za swój punkt honoru - widać - jakie wyjaśnienie, taki honor/ i niedawny blamaż, totalna kompromitacja Policji w związku z rzekomym "przedłożeniem dowodów" tej sprawy w warszawskim Sądzie Okręgowym, to wymowna negatywna wizytówka. Prestiżowa klapa. Niestety, takich spraw w skali mikro mamy dużo więcej. Wygląda na to, że policjantom najlepiej wychodzi aresztowanie pijanych rowerzystów, bo jeśli mają zabezpieczyć Marsz Niepodległości, to tego już nie potrafią.

W tej sytuacji trzeba sobie zadać pytanie - po jaką cholerę jest ta cała Policja? 
Może powinno się już dawno rozformować tę zbieraninę nadętych i wrogo nastawionych do obywatela "stróżów prawa", a w ich miejsce wprowadzić np. straż obywatelską? Może przestępczość by wtedy nie zmalała, ale za to przynajmniej znacząco zmniejszyły się wydatki z budżetu? 
Po co płacić nieudacznikom ciężkie pieniądze jeśli nie robią tego, co do nich należy? Przecież wszędzie obowiązuje zasada "jaka praca - taka płaca" - dlaczego w Policji ma być inaczej?

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Nie, to jednak nie jest prawda, że nie lubię policjantów - bo są tacy Policjanci, których lubię... ale to jest raczej tylko pewien wyjątek od reguły...


czwartek, 2 stycznia 2014

Quo vadis współczesna kulturo i sztuko?

Witajcie w nowym, 2014 roku :)
Z tej okazji życzę Wam tradycyjnie dużo zdrowia, szczęścia i wszelkiej pomyślności.

No cóż, podobno nasza przyszłość zależy od nas samych, a skoro tak, to tylko od nas zależy czy te życzenia się spełnią. Jeśli o mnie chodzi, to wcale nie jestem o tym przekonany, czy faktycznie tak jest - wydaje mi się, że jednak równie dużo co od nas samych, zależy od otoczenia. Weźmy chociaż wczorajszy przykład - facet wychodzi z rodziną na spacer po mieście, idą sobie spokojnie chodnikiem, aż tu nagle wjeżdża w nich rozpędzony samochód prowadzony przez pijanego kierowcę.
Trudno w tej sytuacji mówić, że los tej rodziny leżał w jej rękach, jeśli już, to o wiele bardziej w rękach pijanego kierowcy beemki. Ale o tym kto kieruje całym tym galimatiasem mającym wpływ na naszą bliższą i dalszą przyszłość całkiem niedawno rozprawialiśmy, więc może dziś zapodam jakiś inny, bardziej namacalny temat, jak np. w jakim kierunku zmierza obecnie współczesna kultura i sztuka.

Zaiste, trudno mi jest odpowiedzieć na tak postawione pytanie. W świetle głośnych wydarzeń artystycznych ostatnich lat można dojść do wniosku, że artyści sami pogubili się w swojej twórczości lub, inaczej mówiąc, ich dzieła wymknęły się spod jakiejkolwiek kontroli. Mówiąc "kontrola" mam na myśli pewne normy społeczne ustanowione przez wielowiekową tradycję i kulturę, dzięki czemu artyści do tej pory nie łamali pewnych zwyczajowo przyjętych granic. Obecnie te granice uległy całkowitemu zatarciu, dzięki czemu artyści wszelkiej maści dość skutecznie co i rusz zaskakują opinię publiczną swoimi niczym nieskrępowanymi pomysłami.
Przykładów mamy aż nadto, ale tutaj podam tylko kilka z nich - wyłącznie z naszego krajowego podwórka:

- w 1993 r. Katarzyna Kozyra tworzy "Piramidę zwierząt". Dzieło to polega na utworzeniu piramidy z wypchanych pośmiertnie zwierząt - konia, psa, kota i koguta

http://kulturaenter.pl/wp-content/uploads/2012/02/8piramida1.jpg

- w 2000 roku Daniel Olbrychski tnie specjalnie w tym celu przyniesioną szablą pracę Piotra Ulańskiego zatytułowaną "Naziści" przedstawiającą fotosy słynnych aktorów w hitlerowskich mundurach

http://zwierciadlo.pl/wp-content/uploads/2011/08/EN_00909360_3503-665x309.jpg

- w 2001 roku Dorota Nieznalska na swojej wystawie zatytułowanej "Pasja" zamieszcza m.in. równoramienny krzyż, w który wmontowana była fotografia męskich genitaliów

http://culture.pl/sites/default/files/images/imported/sztuki%20wizualne/opisy%20dziel/nieznalska%20%20%20pasja/nieznalska%20pasja_6160305.jpg

- w 2013 roku w Centrum Sztuki Współczesnej wyświetlany jest film "Adoracja" Jacka Markiewicza.  Na filmie widać nagiego mężczyznę ocierającego się genitaliami o figurę Chrystusa na krzyżu.

http://bi.gazeta.pl/im/d8/f5/e3/z14939608Q,12-listopada--modlitwa-przed-filmem-Jacka-Markiewi.jpg

- Także w 2013 r. kilkunastoosobowa grupa widzów gwizdami i okrzykami "Hańba" zmusiła aktorów do przerwania spektaklu "Do Damaszku" w reżyserii Jana Klaty. Kontrowersyjne przedstawienie zostało wówczas przerwane na kilka minut. Oburzenie widzów dotyczyło między innymi zbyt odważnych scen erotycznych (ubrani aktorzy imitowali stosunek seksualny).

Mówi się, że artystom wolno więcej niż innym, ale czy to znaczy, że powinni mieć absolutnie wolną rękę w trakcie realizacji swoich artystycznych wizji i wszystko co zrobią da się usprawiedliwić niczym nieskrępowaną sztuką?
Nie wszyscy są tego zdania. Dlatego niektórzy artyści będący twórcami wspomnianych wyżej "dzieł" mieli z powodu swoich prac spore kłopoty. Np. Dorota Nieznalska została formalnie oskarżona o obrazę uczuć religijnych i proces w sprawie jej kontrowersyjnej wystawy toczył się przez kilka lat zanim artystka ostatecznie została całkowicie uniewinniona. 
Z kolei pewien mężczyzna oblał czerwoną farbą ścianę, na której wyświetlano film "Adoracja" Jacka Markiewicza. To wydarzenie odbiło się szerokim echem w kraju, a jego naturalną konsekwencją było pytanie stawiane na łamach prasy, czy takie dzieła jak wspomniany film Markiewicza jeszcze w ogóle można określić mianem sztuki.
Natomiast przerwanie na kilka minut spektaklu Jana Klaty w krakowskim Teatrze Starym stało się przyczynkiem do późniejszego wywiadu dr Elżbiety Morawiec, która w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" dramatycznie stwierdziła, że "ta wataha barbarzyńców zmierza do tego, żeby niszcząc kulturę, odebrać nam tożsamość".

Wciąż aktualne jest pytanie, czy ludzie którzy porywają się na spontaniczne niszczenie dzieł sztuki są bardziej współczesnymi wandalami, czy też raczej pełnią rolę naturalnych stabilizatorów chroniących granice, których nawet artystom nie wolno przekraczać?
Niewątpliwie artyści idą coraz dalej i coraz śmielej w temacie gwałcenia pewnych tematów uznanych często od stuleci za narodowe i religijne tabu. Wydaje mi się jednak, że przynajmniej niektórzy z nich chcą za wszelką cenę mieć po prostu "swoje 5 minut", zaistnieć przed szerszą publicznością, często kosztem swoich bulwersujących opinię publiczną, czy wręcz szokujących dla niektórych środowisk prac.
Prac, które często wywołują pytania o granice sztuki i granice artystycznej wypowiedzi.

W tej sytuacji w pełni zasadne jest pytanie, które postawiłem w tytule tego posta. 
Obawiam się jednak, że trudno będzie na nie jednoznacznie odpowiedzieć, gdyż niemal każdy człowiek inaczej pojmuje kwestię wolności w sztuce oraz swobodę artystycznej wypowiedzi, zależnie od wyznawanego światopoglądu i swojego własnego widzimisię na poruszony przeze mnie temat.


niedziela, 1 grudnia 2013

Bóg, Szatan, czy może jakaś inna cholera?

Wczoraj były Andrzejki, tradycyjny dzień przepowiadania przyszłości.
Pogadajmy zatem trochę o tym, co tą przyszłością steruje. 
I czy w ogóle coś steruje...

Swego czasu pod postem Ani nt. Ojca Pio wywiązała się ciekawa, wielowątkowa dyskusja.
W jednym z komentarzy kierowanych do Autorki posta podałem przykład chłopca chorego na raka.
Posługując się tym przykładem poruszyłem kilka nurtujących mnie kwestii, a więc jaka siła /Bóg, Szatan, czy może jeszcze jakaś inna cholera :)/ zadecydowała o chorobie tego chłopca? Czy taka siła istnieje, czy zdecydował o tym tzw. "ślepy los"? 
I dalej - czy ta siła, która "wydała dyspozycję" odnośnie choroby tego chłopca faktycznie rządzi światem? A jeśli to był tylko tzw. "ślepy los", czy to znaczy, że ślepy los rządzi światem?
Wreszcie kontynuując - czy istnieje możliwość wyleczenia tego chłopca poprzez modlitwę lub jakąś inną formę odkupienia? i co się stanie z tą chorobą w przypadku wyleczenia chłopca? Przepadnie, czy może przejdzie na kogoś innego?

Ten mój komentarz pozostał w zasadzie bez odpowiedzi, a ponieważ niedawno znowu tam zajrzałem, bo Ania przypomniała mi tamtą dyskusję, postanowiłem jeszcze raz wrócić do tego tematu.
Poniżej zamieszczam jeszcze raz tamten mój komentarz w całości.
Na postawione przeze mnie pytania nie oczekuję jakiejś definitywnej odpowiedzi, bo zdaję sobie sprawę, że właściwie nikt jej nie zna /wyłączając czarowników i szamanów różnej maści ;)/.
Publikując ten komentarz chciałem tylko skłonić Was do pewnych przemyśleń odnośnie naszego bytu tu i teraz, i tych sił /o ile takie istnieją/, które mają na to wpływ.

Intryguje mnie w tej dyskusji kwestia cierpienia zadanego "ręką opatrzności" /tak to na roboczo ujmę/, więc może na tzw. dobry początek pozwolę sobie zacytować fragment Twojej wcześniejszej wypowiedzi Aniu...
"Mozecie sie nie zgadzac na pokuty itd, a jezeli zasada jest wlasnie taka? Ktos bierze na siebie, zeby inny nie musial, albo zeby odetchnal? Krwawy Bog? Nie , nie krwawy Bog. Bog krwawy nie jest. Jezus powiedzial cos o panie tego swiat. W trakcie Pasji , albo przed Pasja jakos to poszlo..... tez musze odszukac fragmentu w Pismie. Jest pan tego swiata, ja uwazam, ze inny niz Bog, w ktorego wierze....ktos moze nami niezle tutaj zarzadza-...ale to tylko moja prywatna teoria, absolutnie w to nie mozna wchodzic, w te moje spekulacje. Slowa Jezusa bywaja i teraz tajemnicze:)))" 
A ja jednak wejdę "w to" na moment /bo niby dlaczego nie można w to wchodzić - czyżby były tutaj jakieś tematy tabu? A jeśli nawet, to ja się do tego nie zastosuję, bo nie widzę takiej potrzeby :P/
Ale nie będę Cię ciągnął za język, w jaki sposób w takim razie postrzegasz "szefostwo tego świata", a więc czy światem rządzi Szatan /no bo skoro nie Bóg, to kto?/, czy też jeszcze jakaś inna cholera :P
Ale ja to tylko tak na chwilę "swoje pięć groszy" w tym temacie wtrąciłem, bo generalnie uszanuję Twoją, dla mnie dość widoczną niechęć, do zagłębiania się w omawianą kwestię.
Pomijając więc ww. zagadnienie, kto jest owym "kierownikiem zamieszania", skoncentruję się na samym łańcuchu przyczynowo - skutkowym, bo jak wcześniej napisałem, akurat ta sprawa dość mocno mnie intryguje.
A więc mamy, dajmy na to, chłopca chorego na raka... lekarze nie dają mu już wielkich szans... oprócz tradycyjnego leczenia pozostaje więc modlitwa i... no właśnie... trudno mi to jakoś konkretnie i treściwie ująć, bo jeśli dobrze Cię zrozumiałem, to w grę wchodzi jakaś kwestia odkupienia... czyli ktoś miałby odkupić jakieś "zło" wyrządzone temu chłopcu... ale w grę może wówczas wchodzić niebezpieczeństwo, że to "zło" może się przenieść na "odkupiciela"... 
Nie piszę tego bynajmniej ironicznie, raczej staram się pójść Twoim tokiem rozumowania... 
Sęk w tym, że ja staram się być na ogół do bólu logiczny, a tutaj szereg pytań się nasuwa. Pomijając kwestię zasadniczą, a więc "kto tak zarządził?", pozostaje nam odpowiedzieć na kilka pytań uzupełniających, a mianowicie - dlaczego akurat ten chłopiec, czym "się naraził", a skoro już "się naraził" to dlaczego w ogóle w grę wchodzi możliwość odkupienia?
No i wreszcie, dlaczego to "zło" w takich okolicznościach przenosi się na "odkupiciela", a nie zostanie po prostu "wykasowane z rejestru"?
Bynajmniej nie oczekuję odpowiedzi na te pytania /bo przecież nikt z nas nie zna odpowiedzi/, raczej staram się przedstawić moje własne rozterki i wątpliwości związane z tym tematem.


piątek, 15 listopada 2013

Artystyczna prowokacja czy odkłamywanie historii?

W zalewie informacji wszelakich jakoś umknęła mi informacja, że w ub. miesiącu /w połowie października br./ niejaki Jerzy Bohdan Szumczyk, 26-letni student gdańskiej Akademii Sztuk Pięknych, ustawił obok pomnika czołgu T-34 zlokalizowanego przy głównej ulicy przelotowej Gdańska - al. Zwycięstwa - rzeźbę przedstawiającą radzieckiego żołnierza gwałcącego ciężarną kobietę. Wspomniane dzieło jest dosyć wymowne: sowiecki żołnierz klęczy między rozłożonymi nogami obalonej na ziemię ciężarnej kobiety. Sołdat przykłada jej pistolet do głowy, drugą ręką chwyta za włosy. Jeszcze chwila i zacznie gwałcić...


http://i.iplsc.com/rzezba-komm-frau-chodz-kobieto-jerzego-bohdana-szumczyka-sta/0002KBI1ODRPCJPX-C116-F4.jpg

Czy ten pomnik zakłamuje historię? Nie, raczej ją odkłamuje.
Obecnie jest rzeczą dość powszechnie znaną, że sołdaty Armii Czerwonej nie tylko "przynosili kolejnym narodom wolność", jak to się chętnie za komuny głosiło, ale także bardzo chętnie gwałcili napotkane na swojej drodze kobiety: między innymi Polki, Czeszki i Węgierki. Szczególnie zaś upodobali sobie gwałty na mieszkankach Prus Wschodnich, Gdańska, Pomorza, no i oczywiście - na Niemkach. 
Liczba kobiet brutalnie zgwałconych przez rozpasanych sołdatów szła w setki tysięcy, jeśli nie w miliony /historykom trudno jest tę kwestię miarodajnie ocenić, zważywszy, że wiele kobiet było wówczas wielokrotnie gwałconych/. 
A więc istnieją obiektywne przesłanki przemawiające za tym, aby taki pomnik mógł być postawiony, skoro tego rodzaju gwałty rzeczywiście miały miejsce.

Rzecz w tym, że omawiany pomnik stanął samowolnie, bez żadnych wcześniejszych uzgodnień... Postawiony w ten sposób pomnik z miejsca wywołał burzę: niemal natychmiast reaguje rosyjska ambasada - i ambasador Aleksander Aleksiejew wyraża swoje oburzenie: okazuje się, że dzieło Szumczyka to „pseudosztuka”, bluźniercza i obrażająca Rosjan. 
W tej sytuacji pomnik Szumczyka zostaje szybko zdemontowany przez nasze służby porządkowe, a pracownik MSZ Marcin Wojciechowski nadgorliwie bije się w pierś:
 - Przykro mi z powodu incydentu wokół pomnika żołnierzy radzieckich w Gdańsku. To działania pseudoartystyczne. Nie wpłyną na relacje PL i RU.
Samowolnym postawieniem pomnika zajęła się też z miejsca nasza rodzima prokuratura, która jednak po pewnym czasie umorzyła sprawę, uznając ją za wykroczenie, a nie za przestępstwo.

Nie dziwię się, że sprawa pomnika wywołała oburzenie strony rosyjskiej. 
Dziwi mnie natomiast reakcja strony polskiej. 
Przecież pomnik pokazuję prawdę - tak w istocie było. Sowieci nie tylko "nieśli wolność", ale także brutalnie gwałcili.
A więc może taki pomnik jednak ma rację bytu? 
O ile wiem, żadnego odszkodowania ani też zadośćuczynienia z rąk sowieckich gwałcicieli te kobiety nigdy nie doznały, może więc choć taki pomnik będzie przypominał o przeżytej przez nie traumie?

A teraz druga rzecz, która w mojej ocenie jest dość podobną kwestią, odróżnia je tylko "drobny" szczegół - otóż tym razem poruszona jest ciemna karta naszej własnej historii - a mianowicie naszego stosunku do Żydów ukrywających się w polskich wioskach podczas II Wojny Światowej. 
Chodzi mi konkretnie o film Władysława Pasikowskiego pt. "Pokłosie", który z miejsca stał się zarzewiem gorących dyskusji. 
W niektórych kręgach wspomniany film oceniono wprost jako "antypolski", a Maciek Stuhr, który grał w tym filmie główną rolę już nieraz został dzięki temu obrzucony stekiem wyzwisk. 
Pozostaje więc zapytać: co wywołało aż tak gwałtowną reakcję niektórych naszych rodaków?
Czyżby film pokazywał nieprawdę? Czy Polacy nie mordowali Żydów podczas II WŚ? Czy nie wydawali ich Niemcom? Czy nie grabili ich majątków?
Jeśli tak nie było, to o co ten cały szum?
Przecież wystarczy wówczas wzruszyć ramionami i powiedzieć 
- przecież to lipa - nic takiego nie miało miejsca. 
Wszak prawdziwa cnota krytyki się nie boi, prawda?
Ale chyba jednak coś jest na rzeczy, a Pasikowski swoim filmem boleśnie poruszył nasze narodowe sumienie, skoro omawiany film /w mojej ocenie - w odbiorze artystycznym - przeciętny, żadne tam arcydzieło/ wywołał taką gwałtowną histerię.
To, że wydarzenia opisane w tym filmie rzeczywiście miały czasem miejsce na polskiej wsi, nie ulega dla mnie wątpliwości - zwłaszcza od czasu ujawnienia historii Jedwabnego, chociaż już czytając "Malowanego ptaka" Kosińskiego wiedziałem, że coś musi być na rzeczy.
Może więc pora - także dla nas - przyjąć bolesną prawdę wprost "na klatę" zamiast histerycznie wieszać psy na filmie, który jedynie odwołuje się do ciemnych stron naszej własnej - jak do tej pory - starannie przemilczanej historii... 

Jak widać choćby na wspomnianych dwóch przykładach, nadszedł wreszcie taki czas, że to wcale nie historycy, ale sami artyści zaczęli odkłamywać historię, w dodatku bez względu na poniesione z tego tytułu konsekwencje... i bardzo dobrze, czas poznać historię taką, jaką była, a nie taką, jaką chcą nam przedstawić zakłamani propagandyści wszelkiej maści...


czwartek, 31 października 2013

Pył na wietrze...

Zamykam oczy
Tylko na chwilę
A chwila ucieka
Wszystkie moje sny
Przemykają mi przed oczami, dziwne
Pył na wietrze
Jesteśmy tylko pyłem na wietrze

Ta sama stara piosenka
Jedynie kropla wody
W nieskończonym morzu
Wszystko, co robimy
Kruszy się na ziemię
Choć nie chcemy tego widzieć
Pył na wietrze
Jesteśmy tylko pyłem na wietrze

Kansas: "Dust in the Wind" /fragment/. 
Tłum. Katsy 


Ile jest warty czyjś grób?
Takie dość brutalne pytanie chodzi mi przez cały dzień po głowie. A wszystko przez to, że byłem dzisiaj na cmentarzu i dowiedziałem się, że utrzymanie czyjegoś grobu istniejącego od 1989 roku przez kolejne 20 lat kosztuje, bagatela, 860 zł. Ale to nie koniec - okazuje się, że jeśli jest jeden pomnik obejmujący dwa groby, wówczas opłata jest podwójna, a więc 2 razy 860 zł czyli 1720 zł. Moim zdaniem niezłą forsę ciągną za dalsze utrzymanie tych grobów... podobno taką stawkę uchwaliła Rada Miasta, dlatego nie zamierzam już głosować na nikogo, kto teraz jest tam radnym...
Ale wiadomo - taka opłata to dla członków rodziny coś nadrzędnego, absolutny priorytet, ludzie mogą biedować, ale opłatę wniosą w obawie przed likwidacją grobu.
Problem w tym, że akurat ta osoba nie miała swoich dzieci i oprócz dalszej rodziny właściwie nie ma nikogo, kto mógłby opłacić te kolejne 20 lat. A ta dalsza rodzina zwyczajnie się do tego nie kwapi, bo przecież 1720 zł piechotą nie chodzi...
Co zrobić w tej sytuacji? Nie opłacenie tych kolejnych 20 lat sprawi, że grób będzie niebawem zlikwidowany, a w tym samym miejscu zostanie pochowany jakiś inny zmarły człowiek. Oczywiście można jeszcze przenieść szczątki do jakiegoś tańszego cmentarza, ale taka "przeprowadzka" też słono kosztuje.
Właściwie w grę wchodzi tylko taka alternatywa: albo ta dalsza rodzina zrobi zrzutę i zapłaci, albo grób niedługo przestanie istnieć. Jak rodzina zapłaci, będzie mieć spokój na kolejne 20 lat, po czym problem zacznie się od nowa, a jak nie zapłaci - problem zniknie, pojawi się za to świadomość, że ta konkretna osoba, która w 1988 roku jeszcze żyła, już w ogóle nie ma grobu...
Ale czy to takie straszne nie mieć grobu? 
Konia z rzędem temu, kto wskaże groby swoich przodków żyjących w XIX wieku... a jak ktoś nawet wskaże takie groby, to czy także będzie potrafił je wskazać w odniesieniu do swoich przodków żyjących 100 lat wcześniej, a więc w XVIII wieku? 
A co z grobami naszych przodków, którzy żyli 500 czy 1000 lat wcześniej? Gdzie są ich groby? Ktoś wie?
Może więc trzeba sobie zwyczajnie odpuścić te horrendalne /jak dla mnie/ cmentarne opłaty?
Przecież w końcu i tak jesteśmy pyłem na wietrze...
A jeśli coś w nas ewentualnie nie zostanie zatarte przez upływ czasu, to jest to tylko nasza dusza, a za nią żadnych opłat cmentarnych póki co nie musimy ponosić...


środa, 4 września 2013

Publiczne oświadczyny. Romantyczny gest czy błazenada?

Witajcie po wakacjach :)
Jak tam Wasze powakacyjne nastroje?
Mnie tegoroczne piekielne upały na tyle dały się we znaki, że wcale mi się nie chce nucić w ślad za Jerzym Połomskim "A mnie jest szkoda lata" ;)


Na dobry początek niech będzie temacik lajtowy, do napisania którego skłonił mnie film, który obejrzałem kilka dni temu. Ale o tym później, na razie kilka słów tytułem wstępu.

W obecnych czasach coraz bardziej modne staje się "wychodzenie ludzi przed szereg", które polega na tym, aby na forum publicznym błysnąć czymś nietypowym, pokazać się szerszemu gronu ludzi, zrobić coś spektakularnego przed szeroką publiką.
Do tego typu zachowań zaliczam też "oświadczyny z pompą", które polegają na tym, że facet na jakimś publicznym spędzie /może to być jakieś widowisko typu koncert, seans filmowy, albo jakiś inny masowy spęd/ pojawia się przed szeroką widownią i publicznie oświadcza się swojej wybrance.
Różnie to jest oceniane. Niektórzy patrzą na to z uznaniem, zwracają uwagę na romantyczny charakter takiego wystąpienia, inni patrzą na takie coś z niesmakiem, bo wg nich taki gość robi z siebie publiczne pośmiewisko. Jeśli o mnie chodzi, bardziej podzielam rację tych drugich, bo jakkolwiek mam pewne inklinacje do ekstrawaganckich publicznych wyskoków, to na takie coś bym się nie zdecydował; wolę oświadczać się w prawdziwie romantycznych klimatach, czyli bez żadnej publiki, ale za to przy świecach i lampce wina... poza tym nigdy nie wiadomo jak takie "oświadczyny z pompą" zostaną przyjęte przez adresatkę...
No właśnie - przejdźmy teraz do wcześniej wspomnianego filmiku i zobaczcie jaki niespodziewany finał miały takie "oświadczyny z pompą" w pewnej galerii handlowej...

No to jak będzie z tymi "oświadczynami z pompą"?
Kto jest za"?
Kto przeciw?
Kto się wstrzymał? ;)


niedziela, 10 lutego 2013

Ironia czy może raczej smutna prawda?


Jakiś czas temu przeczytałem na forum pod jednym z artykułów Onetu komentarz jednego z internautów, który podpisał się nickiem "Adam P".
Po przeczytaniu zamyśliłem się nad tym, jakie perspektywy mają młodzi ludzie żyjący w tym kraju i jaka dalsza przyszłość nas tutaj czeka.

Jeśli będzie Wam się chciało przeczytać ten niżej zamieszczony komentarz, wtedy możecie sami spróbować odpowiedzieć na pytanie zawarte w tytule tego posta.

Powiem wam tak - jestem młody, mam 30 lat. Wiem, że Polska to kraj gdzie można wiele osiągnąć nie mając układów i znajomości. Ja np. od 8 lat pracuję w państwowej firmie. Wiedzie mi się całkiem OK. Nie wyjechałem jak inni moi koledzy za granicę do pracy, bo wiem, że w Polsce można wiele osiągnąć. Ja po 8 latach pracy mam już odłożone na koncie 9 tys. złotych. Zastanawiam sie teraz, co z tym przecież niezłym kapitałem zrobić. Myślałem o jakimś salonie obuwniczym w galerii lub restauracji w centrum miasta. Kwota jest jak dla mnie całkiem spora (w końcu to uczciwie zbierałem ją całe swoje życie). Może i mogłem odłożyć nieco więcej, ale ja kocham podróże i dużo pieniędzy wydaję na ten cel. Już dwa razy z zakładem pracy byliśmy w Stoczni Gdańskiej. Wielkie przeżycie mówię wam. Fantastyczna też była dwudniowa wycieczka na tamę na Wiśle we Włocławku. Szum niczym na wodospadzie Niagara. Nawet kupiłem sobie tam fajną pamiątkę. Dwa słoiki z wodą. Jeden z wodą przed tamą, a drugi słoik z wodą za tamą. Fajna sprawa, polecam. W Polsce wcale nie potrzeba mieć "pleców" żeby dobrze żyć. Właśnie spłacam ostatnią ratę za komputer. Będzie już mój na 100%. Kupiłem go 4 lata temu. Ma jeszcze całkiem niezłą konfigurację... tylko te 1 GB ram-u. Ale to nie jest duży problem bo można dokupić. Ostatnio na mieście byłem zobaczyć co można taniej dostać na wyprzedaży. Spotkałem kumpli którzy wyjechali za granicę. Trochę opowiadali o samochodach, pieniądzach, ale chyba ich trochę poniosła fantazja. Nawet byli przy kasie bo postawili piwo. Ja żeby nie być gorszy to też postawiłem. Dobrze, że miałem właśnie przy sobie tą stówkę na ostatnią ratę za kompa, bo inaczej był by przypał, że nie mam kasy. Ale ja większej gotówki przy sobie nigdy nie noszę. Wiecie przecież sami jak jest. Za 5 zł to mogą człowieka zabić i okraść. Pozdrawiam serdecznie wszystkich, którzy wierzą, że w Polsce fajnie jest i warto tu żyć. 

Uff... w końcu urlopik .Zasłużony odpoczynek po ciężkim roku pracy. Gdzie tu pojechać na wakacje? Moja firma, a w zasadzie jej Fundusz Wakacyjny ma jakieś przejściowe problemy, i z funduszu wakacyjnego (coś w stylu "wczasy pod gruszą", wypłacili nam tylko po 75% należnej kwoty. Wyszło już całkiem sporo, bo po 350 zł, a będzie jeszcze przecież reszta 25%.
Na wczasy w sierpniu w naszym ośrodku się nie załapałem bo jako singiel mogę jechać tam po sezonie. W listopadzie. Kurde, ale wtedy to nie będę miał urlopu. He he, ale od czego mądra głowa. Przeglądam oferty, tak zwane "last minut" i z obliczeń logistyczno-finansowych wyszło jak nic, że na Costa de Taras (balkon mojej mamy) będzie ok. 350 zł. Starczy spokojnie na all incl. a jak by była brzydka pogoda to do domu w sumie niedaleko. Wprawdzie nie ma tam palm, ale są piękne pelargonie. Pozdrawiam serdecznie wszystkich, którzy wierzą, że w Polsce fajnie jest i warto tu żyć. 

Dziś przyjeżdża do mnie moja narzeczona. Piękna dziewczyna. Od kilku dni chodzi cała w skowronkach bo dostała swoją pierwszą pracę po zakończeniu edukacji na poziomie mgr. Muszę powiedzieć, że byłem miło zaskoczony wielkością jej wynagrodzenia. Za pracę w administracji państwowej firmy dostanie 1119 zł na rękę. Całkiem nieźle jak na początek. Ja po 8 latach mam 1270 zł i juz całkiem niezłe doświadczenie. 
Dla mojej dziewczyny wzorem jest Pani Stefania z mojego zakładu pracy, gdzie razem dzielimy biurka. Pani Stefania w tym roku idzie na emeryturę .Całe swoje życie przepracowała w jednej firmie. Przeżyła kilku prezesów, parę Rad Nadzorczych, kilka kryzysów, dwa pożary i dużo widziała. Swoimi rękoma w czynie społecznym budowała ośrodek wczasowy do którego teraz nie mogłem jechać. Pani Stefania to najwyższej klasy specjalista w swoim fachu. Wyobraźcie sobie, że ona nie używa komputera! Ma wielki kalkulator formatu A4. Potrafi obliczyć na nim takie rzeczy, że na komputerze trzeba by dużo szukać, by znaleźć jakieś formuły do excela. Potrafi policzyć dzisiejszą złotówkę, pomnożyć przez złotówkę z przed denominacji a wynik podać w rublach transferowych. Taka to sprytna kobieta jest. Ale przyszedł czas na pożegnanie. Niedawno dostała decyzję z ZUS o emeryturze i jej wysokości. Będzie dostawała ponad 800 zł. Dokładnie 827,89 gr. Nieźle prawda? Za uczciwą pracę - uczciwa zapłata. Pani Stefania już snuje plany jak będzie wspaniale żyć na emeryturze. Ile zwiedzi krajów i takie tam. W końcu emerytura to czas na odpoczynek i zbieranie żniw ciężkich lat pracy. Jednego razu przyniosła mi nawet globus z działu logistycznego naszego zakładu, aby pokazać wszystkie miejsca, gdzie pojedzie. Pierwsza ma być Canada a potem Japonia. Pani Stefania postanowiła większość ze swojej emerytury przeznaczać na wycieczki i na korzystanie z życia. I tu dobrze widać jak ciężką pracą można wiele osiągnąć. Moja dziewczyna też chce mieć taką karierę jak pani Stefania. Pozdrawiam serdecznie wszystkich, którzy wierzą, że w Polsce fajnie jest i warto tu żyć. 

Postanowiłem się usamodzielnić bo przecież 30-tka na karku. Zaczyna być ciężko mieszkać w małym pokoju z rodzicami. Tym bardziej, że nieraz mamy z moją dziewczyną nie tylko ochotę na słuchanie muzyki. Postanowiłem kupić mieszkanie. Na razie jakiś mały apartament. Traf tak chciał, że znalazłem w dzielnicy w której obecnie mieszkam całkiem ładne lokum. Nie trzeba dużo remontować, wystarczy małe malowanie. Apartament jest przestronny. Całość ma 34 m2. Salon z open kuchnią - 18 m2, sypialnia 8 m2, łazienka 4 m2, garderoba 1m2 i korytarz 3 m2. Cena za jaką jest mieszkanie wystawione to 244.800 zł. Podobno to atrakcyjna jak na tę dzielnicę. Poszedłem do banku po kredyt. Uśmiechnięta pani w banku dała mi do wypisania jakieś wnioski. Powiedziała, że na rozpatrzenie trzeba czekać tydzień. Trzeba też zapłacić prowizję za rozpatrzenie (1% wartości kredytu), ale jak to pani powiedziała, może być to doliczone do kredytu. No to jestem spokojny bo 1% to dwie moje wypłaty. Pani powiedziała też, że jak by się zmieniła moja sytuacja finansowa to mam dać znać. Pozdrawiam serdecznie wszystkich, którzy wierzą, że w Polsce fajnie jest i warto tu żyć. 

Na pożegnaniu pani Stefani szef wygłosił mowę pożegnalną i wspominał, że kryzys mija i dostaniemy podwyżkę. Ja dostałem 18 zł 66 gr. Na drugi dzień dzwonię z dobrą wiadomością do miłej pani z banku, że moja sytuacja finansowa uległa znacznemu polepszeniu. Miła pani podziękowała i zaprosiła na następny dzień. W sumie to dlaczego nie mam dostać kredytu? Mam stałą pracę, pracuję już 8 lat u tego samego pracodawcy, dostaję podwyżki, jestem wzorowym pracownikiem, więc pewnym płatnikiem dla banku. Prawda? Poszedłem do banku spokojny. Już z daleka pani uśmiecha się do mnie. Myślę sobie - jest kredycik. Niestety problem. Pani mówi, że mam za małe dochody i muszę mieć wkład własny. Spoko, przecież mam jeszcze niezainwestowane oszczędności całego swojego życia. Mówię pani, że mam ok 9 tys. zł a ona zrozumiała, że 90 tys i mówi, że to prawie 50% i, że to zmienia sytuację a ja, że nie 90 a 9 tys. Zmartwiona powiedziała, że muszę mieć większe dochody albo większy wkład własny i jeszcze dwóch żyrantów i żeby zarabiali min. 5 tys/mc. Ale powiedziała, że z moim dochodem to mogę śmiało dostać kredyt na kino domowe. Pozdrawiam serdecznie wszystkich którzy wierzą, że w Polsce fajnie jest i warto tu żyć.
Adam P


środa, 23 stycznia 2013

Czy rola mężczyzn ograniczy się wkrótce do produkcji nasienia?


Niedawno przeczytałem, że siostra znanej hiszpańskiej aktorki /Penelopy/, Monica Cruz zaszła w ciążę korzystając z banku spermy. 
A więc ojcem jej dziecka będzie anonimowy mężczyzna, który był w tym wypadku dawcą nasienia. Jak widać rzeczona aktorka może być bardzo łakomym kąskiem dla wielu panów, toteż od razu nasuwa się skądinąd oczywiste pytanie:
- dlaczego skorzystała z banku nasienia, chociaż mogła przebierać wśród facetów, którzy mogliby stać się ojcami jej dziecka, niemal jak w ulęgałkach?

Odpowiedzi nie znam i nawet się jej nie domyślam. Być może przyczyna jest prozaiczna - kobieta ma trudny charakter i mężczyźni się jej po prostu nie trzymają. 
Tymczasem zachodząc w ten sposób w ciążę daje symboliczny "prztyczek w nos" całemu rodzajowi męskiemu, przy okazji robiąc szum wokół swojej osoby, dzięki czemu staje się bardziej sławna, a to jest przecież woda na młyn niemal dla każdego niedocenianego aktora.

Myślę jednak, że  korzystanie z banku nasienia w przypadku ww. aktorki jest egoistycznym posunięciem wobec jej przyszłego dziecka. Bowiem przychodząc w ten sposób na świat nigdy nie pozna ono swojego biologicznego ojca i obawiam się też, że żaden z mężczyzn kręcących się w przyszłości wokół rzeczonej aktorki nie będzie potrafił zastąpić ojca dla tego dziecka.
Ale zapewne Monica Cruz w ogóle się tym  nie przejmuje, bo jest przekonana, że dziecko nie musi mieć ojca... 

Między innymi z tego powodu myślę o przyszłości z lekkim niepokojem. Bo przecież jak tak dalej pójdzie, to rola mężczyzn ograniczy się wkrótce do produkcji nasienia, a jeśli w przyszłości naukowcom uda się sztuka partenogenezy, to mężczyźni staną się całkowicie zbędni i pójdą wtedy w całkowitą "odstawkę". Zupełnie jak w "Seksmisji" Juliusza Machulskiego.

Tylko kto wtedy będzie rządził tą gigantyczną babską hordą? ;) 


niedziela, 6 stycznia 2013

Czy jesteśmy jak rybki w akwarium?


Witajcie w nowym, 2013 roku :)
Zmiana licznika wyświetlającego aktualny rok zazwyczaj skłania mnie do rozmyślań nt. naszego miejsca i roli we wszechświecie, czemu od czasu do czasu daję wyraz także na tym blogu. 
Ten post można traktować jako dalszy ciąg tych rozważań.

Blisko 30 lat temu przeczytałem "Dzienniki gwiazdowe" Stanisława Lema, gdzie jedno z opowiadań cyklu "Ze wspomnień Ijona Tichego" było tak naprawdę pierwowzorem słynnego filmu "Matrix" Braci Wachowskich. Opowiadanie nawiązywało do sztucznie wykreowanego świata stworzonego przez niejakiego prof. Corcorana - używał on w tym celu specjalnych skrzyń /dlatego wzmiankowane opowiadanie nosi nieoficjalny tytuł "Skrzynie prof. Corcorana"/. Jednak opowiadanie Lema niesie za sobą głębsze przesłanie niż film Wachowskich, przedstawia bowiem wizję całego świata jako układającej się w piramidę hierarchii poziomów rozwoju równolegle żyjących bytów, w której istoty wyższego poziomu tworzą i kontrolują istoty z niższego poziomu, władając tym samym całym ich światem.

Ww. opowiadanie zapadło mi mocno w pamięć, a wczoraj wieczorem znowu je sobie przypomniałem, gdy przeczytałem ten artykuł.
I znów zadałem sobie to samo pytanie, jakie zadałem sobie zaraz po tym, gdy po raz pierwszy przeczytałem o skrzyniach prof. Corcorana:
- a może my także żyjemy w takiej skrzyni? - co wspomniany artykuł także zdaje się sugerować.
Sugestia, że jesteśmy tworami bytującymi w sztucznie wykreowanym wszechświecie, a ktoś z zewnątrz nas obserwuje i bawi się nami podobnie jak rybkami w akwarium, wcale nie jest taka niedorzeczna. Zauważmy, że cały wszechświat który nas otacza oparty jest na podobnej strukturze, gdzie mniejsze zawiera się w większym /dla przykładu atomy stanowiące zręb znanej nam materii tworzą bardzo podobną strukturę jak układy słoneczne, zaś grupy atomów tworzące cząsteczki odpowiadają poszczególnym galaktykom/. Zasady rządzące tym wszechświatem dość ściśle wpisują się także w reguły matematyczne /takie założenie dość dobrze wyjaśnia np. "boską proporcję" tj. nadrzędną regułę, implikowaną funkcją matematyczną, która w sposób nadrzędny zawiaduje budową żywych organizmów/, zaś odkryta przez Einsteina zamienność materii i energii pozwala zaprogramować, a następnie wykreować dla odpowiednio zaawansowanej technologicznie cywilizacji, dowolnie duży wszechświat /zgodnie z wyżej wspomnianą regułą zawierania się mniejszego w większym/, który dla przebywających w nim bytów nie będzie jednak niczym więcej niż akwarium dla pływających w nim rybek.


Taka konstrukcja wszechświata /czy też tylko naszego wszechświata zawartego w świecie nadrzędnego bytu, który nas wykreował/ nie odpowiada jednak na wszystkie pytania.
Bo wprawdzie hipotetycznie znamy już naszego "boga", który nas wykreował i w jakiś tam sposób steruje naszym światem, ale nie odpowiada kto i w jakim celu stworzył ten nadrzędny byt / czy też wszystkie byty, które są położone jeszcze wyżej w hierarchii/ oraz świat /lub światy/ w którym ów byt /byty/ przebywa/ją. 
A więc nawet po przyjęciu hipotezy, że jesteśmy tworami w sztucznie wykreowanym wszechświecie, nie znamy odpowiedzi na pytanie, które wówczas niemal od razu się nasuwa - w jaki sposób powstał świat naszych twórców, a jeśli owe istoty także zostały sztucznie wykreowane, w podobny sposób jak my - wówczas należy zadać to samo pytanie w odniesieniu do istot /lub istoty/, które znajdują się /lub znajduje się/ na samym szczycie w piramidzie przedstawiającej hierarchię równoległych bytów, bo przecież te istoty /lub istota/ także musiały kiedyś zostać w jakiś sposób stworzone.
Należy w takim wypadku zauważyć, że pomimo genialnej techniki umożliwiającej władzę nad całym uniwersum /rozumianym jako kompleks własnego świata owych istot/istoty oraz wszystkich podporządkowanych im światów/, nie sądzę, aby owe istoty w odniesieniu do samych siebie znały odpowiedzi na najbardziej zasadnicze pytania  gnębiące ludzkość już od zarania dziejów, a mianowicie - skąd pochodzimy, kim jesteśmy, dokąd zmierzamy i czym tak naprawdę jest świat istniejący wokół nas.


Czy kiedykolwiek będzie możliwa weryfikacja hipotezy, że jesteśmy jedynie tworami w sztucznie wykreowanym świecie? 
Nie wydaje mi się.
W fizyce, aby zweryfikować każdą teorię potrzebny jest tzw. układ odniesienia, inaczej żadne doświadczenie nie może być uznane za miarodajne. W tym wypadku w praktyce oznacza to, że w celu weryfikacji omawianej hipotezy konieczne jest przeniknięcie do świata naszych twórców. Inaczej jakakolwiek weryfikacja nie może być uznana za prawdę.
Pozostają nam oczywiście rozważania omawianej teorii na płaszczyźnie mentalnej, ale ta droga wydaje się za każdym razem prowadzić jedynie do niewiele znaczących dywagacji opartych na wierze w rozważaną hipotezę bądź jej negowaniu.
Czyli podobnie jak w przypadku wiary w Boga - można w to wierzyć lub nie wierzyć, bowiem brak jest zarówno dowodów przemawiających za prawdziwością rozważanej hipotezy, jak i za tym, że jest ona z gruntu fałszywa.

sobota, 22 września 2012

Czy czeka nas mechaniczna przyszłość?


Witaj mój synu
Witaj w maszynie
Gdzie się podziewałeś?
W porządku wiemy gdzie byłeś
Dorastałeś wypełniając swój czas
Bawiąc się zabawkami i podręcznikiem skauta
Kupiłeś gitarę by ukarać mamę
Nie lubiłeś szkoły
I wiedziałeś, że jesteś niczyim głupcem
Więc witaj w maszynie

Pink Floyd "Welcome to the Machine" /fragment/. Polskie tłumaczenie pochodzi ze strony:
http://pinkfloyd.rockmetal.art.pl/pl/tlumacz/wywh.htm



O tym poście myślałem już od dawna, ale teraz wydaje mi się, że jest na to sprzyjający czas, gdyż tematyka tego posta wydaje się naturalną kontynuacją tematyki posta poprzedniego, a komentarze Krakowianki i Dibeliusa właściwie już zahaczały o ten temat.

Nasze ludzkie ciała szybko się starzeją i nie są zbyt odporne na zmiany ciśnienia, temperatury, większe przeciążenia, itp. Poza tym do życia potrzebny nam jest tlen, bez niego szybko umieramy. W dodatku żyjemy stosunkowo krótko, rzadko który człowiek dożywa 100 lat, co w porównaniu z wiekiem Wszechświata jest czasem znikomo krótkim.
Poza tym, nie oszukujmy się - człowiek od zawsze marzył o tym, aby być nieśmiertelnym, a przynajmniej, aby znacznie wydłużyć swoje życie.
Odpowiedź na te marzenia może być w zasadzie tylko jedna - porzucenie naszej dotychczasowej ziemskiej powłoki i stanie się myślącą maszyną.

W jednej z części sagi "Gwiezdne Wojny" występuje B'omarr, starożytny zakon mnichów, którzy osiedlili się na Tatooine. Przebywający tam mnisi zajmowali się głównie kontemplacją, a gdy dochodzili do stanu najwyższej świadomości, ich mózg oddzielany był od ciała i umieszczany w szklanej kuli, przytwierdzonej do kroczącej stalowej maszyny... 



http://images3.wikia.nocookie.net/__cb20080315224947/starwars/images/d/dd/Bomarr_monk_btm.jpg



Czy taki sposób dalszego życia ludzi jest niemożliwy?
Wydaje mi się, że za jakiś czas będzie to w zasięgu ludzkich możliwości. 
Jak wiadomo, o wszystkim co się dzieje w naszym życiu decyduje mózg. To dzięki niemu mamy świadomość i zdolność myślenia. On steruje wszystkimi procesami fizjologicznymi związanymi z naszym życiem. A ponieważ odbywa się to w drodze impulsów nerwowych - wystarczy dokonać konwersji tych impulsów na język cybernetyki, aby można było zrealizować ww. wizję z "Gwiezdnych Wojen".

Pójdźmy jednak o krok dalej.

Po co nam będą potrzebne mózgi jeśli wszystkie dane w nich zawarte będzie można zeskanować do komputera... z naszą świadomością włącznie... w takim wypadku człowiek mógłby się stać w całości maszyną i to maszyną z możliwością łączenia takich żywo-elektronicznych mózgów w większe zespoły, wspomagane w dodatku możliwościami sztucznej cybernetyki, a więc możliwe byłoby także "ładowanie" naszych mózgów informacjami, jak to przedstawiono np. w filmie "Matrix".
Wprawdzie wstąpienie ludzi w korpusy maszyn wiązałoby się z ograniczeniami w innych sferach życia, np. nie wiadomo, jak sobie w takim wypadku poradzić z seksem i rozmnażaniem, ale przecież seks istnieje głównie w mózgu, a rozmnażanie w wypadku zamiany ludzi w maszyny, a zatem zdobycia przez ludzi nieśmiertelności stałoby się niepotrzebne, więc myślę, że wszystkie tego typu przeszkody okażą się przejściowe i będzie można je pokonać.

A więc czy czeka nas mechaniczna przyszłość?