Witaj Miły Gościu na pokładzie Linii Lotniczych "Smurffair". Rozgość się tutaj - mój wirtualny barek jest zawsze obficie zaopatrzony ;) Życzę wyłącznie miłych lotów i wielu przyjemnych wrażeń!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sprawy damsko - męskie.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sprawy damsko - męskie.. Pokaż wszystkie posty

piątek, 13 lutego 2015

Coś z klasyki gatunku.

Ponieważ jutro Walentynki przygotowałem coś w rodzaju wirtualnego romansu. 
Jak zazwyczaj w takich wypadkach - romansu zakończonego rozstaniem...

Czytam sobie tę historię na pewnym blogu traktując ją jako powieść w odcinkach. 

Ona singielka. On żonaty. 
Czyli - klasyka gatunku można by rzec...

...bo to się zwykle tak zaczyna
sam o tym nie wiesz jak i gdzie 
po prostu wzięła cię dziewczyna
a to jest znak, że już jest źle
z początku rzadko ją widujesz
a potem chcesz z nią częściej być
i w końcu trudno, ale czujesz
że bez niej już nie możesz żyć

On ją początkowo zagadywał w jakimś netowym komunikatorze, a ona go początkowo lekceważyła.
Ale on umiał zagadywać kobiety /w końcu nie wiadomo z iloma kobietami tego wcześniej próbował, a przecież trening czyni mistrza.../.
Więc ona stopniowo była pod coraz większym jego wpływem. 
Te wirtualne rozmowy w coraz większym stopniu wypełniały jej myśli. Czekała, aż się odezwie, a te ich pogaduszki stały się codziennym rytuałem, weszły w skład jej stałego rozkładu zajęć. 
Wreszcie wymienili się zdjęciami i... /jak można było przewidzieć/ spodobali się sobie nawzajem.
Potem spotkali się raz i drugi w realu, a potem poszli do łóżka...
Czyli - klasyka gatunku można by rzec...

Póki co więcej nie doczytałem chociaż spodziewam się już jaki był ciąg dalszy...

tak mi wstyd (strasznie wstyd)
lecz coś mnie peszy w niej
bylem z nią prawie rok
długo bo można mniej
to takie przykre sprawy są
bo prawda cóż kochałem ją
kręcę się, męczę się
sam nie wiem czego chcę

No i - jak już wcześniej wspomniałem - od samego początku znam zakończenie tej historii: on w pewnym momencie przestał do niej pisać i zostawił ją zakochaną w nim bez pamięci...
Czyli znów można by rzec - klasyka gatunku...

a to się zwykle tak zaczyna
sam nawet nie wiesz jak i gdzie 
zaczyna nudzić cię dziewczyna
a to jest znak że już jest źle
zaczynasz chodzić z nią do krewnych
a potem mówisz sama idź
a w końcu trudno, jesteś pewny
ze z nią nie możesz dłużej żyć
za jeden dzień bez twojej ukochanej 
oddałbyś 10 lat
do domu na noc wracasz jak skazany
myśląc jak by zwiać gdzieś w świat
a to się zwykle tak zaczyna
i trwa przez jeszcze kilka dni
w końcu ją rzucasz, zapominasz
i to jest życie
C'est la vie


Nie wiem co takiego jest w żonatych facetach, że zawsze znajdą się kobiety, które chcą ten banalny w gruncie rzeczy schemat przetrenować na samych sobie... chociaż każda niby dobrze wie, że właśnie tak to się zakończy...

Wiem wiem, to był raczej mało "walentynkowy" post...
Dlatego, tytułem rekompensaty, przygotowałem na koniec coś "bardziej walentynkowego" :)


poniedziałek, 25 marca 2013

Klucz.


Kiedy czytam blogi sfrustrowanych singielek, które żałują, że nie są lesbijkami, bo z chłopami nijak nie mogą się dogadać, to zaczynam się zastanawiać, gdzie leży przyczyna tego stanu rzeczy? Czy to ich faceci są do niczego, czy może jednak przerośnięte ego tych kobiet oraz odziedziczony/nabyty/wpojony w dzieciństwie egoizm /???/ nie pozwala im zaaprobować nikogo innego za wyjątkiem księcia na białym koniu /który jak wiadomo, zjawia się tylko w bajkach/.
A może po prostu chodzi tutaj o klucz do zrozumienia męskiej psychiki?
I może to brak tego klucza powoduje, że relacje tych kobiet z mężczyznami stają się źródłem nieustannych nieporozumień, co w konsekwencji prowadzi do może wygodnego, ale jednak samotnego życia w pojedynkę.


Dopisek z dn. 31.03.2013 r.
Wszystkim życzę zdrowych, spokojnych i szczęśliwych Świąt Wielkanocnych :)

czwartek, 22 listopada 2012

Rozstania i powroty...


Wiktor i Anna to para z ponad 20-letnim stażem. Mają dwójkę dzieci, które zdążyły już się usamodzielnić i nie mieszkają razem z rodzicami. Dla Anny Wiktor do niedawna był wzorem mężczyzny: spokojny, opiekuńczy i odpowiedzialny. Kochała go całym sercem.
I nagle jak grom z jasnego nieba spada na Annę wiadomość - Wiktor wdał się w romans z młodszą kobietą. Zapytany o to wprost przez Annę, nie zaprzecza. Mało tego - Anna dowiaduje się, że Wiktor kocha tę kobietę i nie wyobraża sobie bez niej dalszego życia. Dlatego chce odejść od Anny, aby mieszkać ze swoją nową miłością. 
- Zostawił mnie tak, jak się zostawia stary bezużyteczny mebel - przygnębiona Anna nie kryje rozgoryczenia.
Ale nadal go kocha, a ten jego romans wciąż jest dla niej szokiem. Czuje się głęboko zraniona przez Wiktora. Czuje, że wybaczyłaby mu zdradę, ale przecież w tym przypadku nie ma już mowy o jednorazowym "skoku w bok" lub jakimś przelotnym romansie. 
Nie, to jest już jawna demonstracja całkowitego odrzucenia swojego dotychczasowego partnera. To jest coś, co druga osoba odczuwa jako głębokie upokorzenie, siarczysty policzek lub nawet cios poniżej pasa. 

Znacie to, prawda?
W dzisiejszych czasach jest to dość częsty scenariusz, powielany, rzecz jasna w najróżniejszych konfiguracjach - a więc może to dotyczyć zarówno obydwu płci /chociaż na ogół ofiarami bywają kobiety/, a także partnerów w dość różnym wieku.
Wiadomo też jakie są najczęstsze przyczyny takich rozstań. 
Brak czasu dla siebie, brak szczerych rozmów, rutyna w związku i niespełnione wzajemne oczekiwania. Np. on oczekuje, że ona wciąż będzie wyglądać i zachowywać się jak przeszło 20 lat temu. Ona z kolei - że inne kobiety już do końca życia nie będą dla niego w ogóle istniały. Nie zawsze tak jest, a rozczarowanie bywa czasem bardzo bolesne...

Bywa jednak i tak, że po pewnym czasie wiarołomny partner chce wrócić z powrotem do swojego poprzedniego partnera.
Można wówczas domniemywać, że minął już "sezon godowy", przeminęło chwilowe zauroczenie, nasz wiarołomny partner się wyszumiał i z biegiem czasu zaczął dostrzegać uroki poprzedniego życia i swojego poprzedniego partnera. Zaczyna więc odgrywać rolę "skruszonego grzesznika" i robi coraz bardziej wyraźne "podchody", bo chce wrócić.
Tak po prostu.
To jest coś w stylu "powrotu syna marnotrawnego" ale czy z takim samym efektem jak w powszechnie znanej biblijnej historii?
Cóż, to już leży w gestii obojga partnerów jak im się dalej ułoży, ja mogę tylko przedstawić moje własne widzimisię na tę sprawę.

Być może wynika to z mojej męskiej dumy, a może z urażonego honoru /co w sumie na jedno wychodzi/, ale ja chyba nie mógłbym tak po prostu wybaczyć i zapomnieć.
Nie po czymś takim.

Może bym cierpiał. 
Może bym każdego dnia żałował, że nie przebaczyłem.
Może... ale myślę, że po czymś takim już by nie było do mnie powrotu.


wtorek, 28 lutego 2012

Niedopasowani.


Na początku myśleli, że są dla siebie stworzeni. On patrzył jej głęboko w oczy, ona czule gładziła go po włosach. Wydawało się im, że nie mogą bez siebie żyć. Dwie połówki tego samego jabłka.
W tej sytuacji decyzja o zamieszkaniu razem była dla nich rozsądna i oczywista. 
Minął pewien czas. Wzajemne zauroczenie w tym czasie gdzieś się ulotniło...
Nagle niektóre jego przyzwyczajenia zaczęły jej przeszkadzać. On też zaczął dostrzegać, że ona wcale nie jest żadnym chodzącym aniołem za jaką dotychczas ją uważał, ma sporo wad, które go denerwują.
Wcześniej w ogóle tego nie widzieli, wzajemna fascynacja sobą przesłoniła im oczy.
Im dłużej żyli, tym bardziej utwierdzali się w przekonaniu, że są niedopasowani - nie mieli wspólnych tematów do rozmowy, lubili inaczej spędzać wolny czas, a przyjaciół też mieli całkiem innych, bo każde z nich preferowało w ludziach coś innego.
Zastanawiali się, jak mogli tego już na samym początku znajomości nie dostrzec, że prawie wszystko ich dzieli.

Czy są w ogóle jakieś uniwersalne kryteria pozwalające stwierdzić, że dana para będzie dopasowana, gdy już minie ten pierwszy okres wzajemnego zauroczenia sobą?


Łudziłem się, że byłaś kobietą mojego życia,
Ale gdy byliśmy razem wciąż czułem się samotny 
Może to jednak była miłość 
Skoro ciągle pamiętam ten ból...

poniedziałek, 4 kwietnia 2011

Something...

Myślisz, że masz uporządkowane życie.
Kochającego partnera, dzieci.
Powtarzasz sobie od czasu do czasu:
- mnie już żadne porywy serca nie grożą. Wiodę spokojne, ustabilizowane życie. Mam rodzinę, którą kocham i która kocha mnie. I niczego więcej do szczęścia mi nie potrzeba.

Aż tu nagle zonk...

Poznajesz kogoś. Nieważne gdzie - może w pracy, może u znajomych, a może w wirtualnym świecie będąc np. na jakimś czacie.
Czujesz, że ta nowo poznana osoba cię intryguje, roztacza jakiś czar, wabi cię do siebie.
Początkowo myślisz, że to tylko nowy ciekawy człowiek, którego udało ci się poznać. Dlatego chętnie kontynuujesz tę znajomość, spotykacie się, często rozmawiacie ze sobą, czujecie się dobrze w swoim towarzystwie.
Po jakimś czasie z niepokojem zauważasz, że coraz częściej myślisz o tym nowo poznanym człowieku, który powoli wypełnia sobą coraz większą przestrzeń w twoim życiu...
Zaczynasz zdawać sobie sprawę, że to nie jest tylko nowa znajomość, to jest coś więcej, bo ten nowo poznany człowiek zaczyna dla ciebie wiele znaczyć...

Może to nie jest reguła, ale czasem tak się zdarza...

Co robić w takiej sytuacji?
Generalnie widzę tylko dwa rozwiązania.

1. Dajesz się porwać tej nowej znajomości myśląc sobie "co będzie, to będzie".
Czyli idziesz "na żywioł". Jeśli nowe uczucie ma cię porwać, to niech cię porwie. Dajesz się ponieść tej fali.
Twoja rodzina ponosi oczywiście wszelkie konsekwencje tej decyzji.

2. Definitywnie zrywasz tę znajomość. 
Najlepiej  bez stosowania żadnych półśrodków typu rozmowy telefoniczne albo SMS-y. Bo takie sporadyczne kontakty wciąż będą ci przypominać tę osobę, która w efekcie nadal będzie wypełniać twoje myśli i twoje życie.
Potem następuje walka prowadzona ze swoim sercem, które kołacząc domaga się kontaktu z tą osobą...
Jeśli ulegniesz - wtedy grozi ci "rozwiązanie nr 1"... a więc nie możesz ulec.


Później bywa różnie - czasem po prostu zapominasz. 
Innym razem chowasz wypełniające cię uczucie na samo dno serca. 
I tam je trzymasz uwięzione.
Czasem do końca życia...

wtorek, 7 grudnia 2010

Obok siebie.

Ona...

Znowu siedzi i milczy ... zrobił się taki małomówny... ze mną, od kiedy wrócił z pracy, może dwa słowa zamienił... dlaczego jest dla mnie  taki oschły?
Kiedyś był inny... czuły i opiekuńczy... mieliśmy zawsze tyle tematów do rozmowy...
Teraz prawie się do mnie nie odzywa... mijamy się bez słowa krążąc po mieszkaniu... a kiedyś byliśmy tacy sobie bliscy... gdzie się ta bliskość podziała?
No i te gorące namiętne noce, ten żar, który w nas wtedy płonął... a dziś?... lepiej nie mówić... nawet jak się czasem kochamy, to tak jakoś bez uczucia, niemal mechanicznie... Przestał mówić, że mnie kocha, przestał o mnie zabiegać... chyba już mu na mnie nie zależy... 

Czasem zastanawiam się, czy ja go jeszcze kocham?
Gubię się z tą miłością... czy to jeszcze jest miłość?

On...

Znowu patrzy w telewizor... ile można się gapić w to pudło? Przestało jej na mnie zależeć i okazuje mi to na każdym kroku... kiedyś była inna... miła i uśmiechnięta... a teraz zawsze chodzi nadąsana i nieprzystępna... jak już się odezwie, to tylko z pretensją w głosie... nic jej nie pasuje, wszystko co robię jest złe, stale mnie krytykuje... kiedyś tak świetnie się ze sobą rozumieliśmy, a dziś?... każde sobie rzepkę skrobie... noce też już nie te, co dawniej... kiedyś była namiętna i gorąca, a teraz leży jak jakiś manekin i po prostu czeka aż skończę...
Czasem zastanawiam się, czy ja ją jeszcze kocham?

Czy to, co jest między nami można jeszcze nazwać miłością?



Żyją ze sobą, ale tak naprawdę obok siebie...
Najczęściej są to pary z kilkunastoletnim stażem.

Ile ich jest? Sądząc po rosnącej liczbie rozwodów - dużo.
Co jest tego przyczyną? Ludzka skłonność do egoizmu? Egocentryzm?

Brak szczerych rozmów między partnerami przez te minione lata?
Czy jest to znudzenie związkiem i jego monotonią, czy też przyczyn tego stanu należy upatrywać w powszechnym braku czasu, co bardzo często jest efektem trudnej i nierzadko stresującej pracy?
A może przyczyną jest dokonujący się postęp naukowo - techniczny, te wszystkie nowinki techniczne, które pozwalają na pogłębianie swoich pasji bez żadnego udziału drugiej strony? Już nie tylko prasa radio i telewizja, ale także Internet, komórki i te wszystkie "szatańskie wynalazki", które stopniowo rozbijają tradycyjny model rodziny?
A może to po prostu norma, coś co prędzej czy później spotyka każdy związek i tylko nieliczne pary potrafią się temu skutecznie przeciwstawić?
Może w naturze człowieka tak naprawdę leży poligamia, bo miłość z czasem wygasa i wybucha z nową siłą dopiero w kolejnym związku?

czwartek, 29 maja 2008

Przyjaciółki i kochanki.


  Dziś zajmę się drugim ważnym tematem z dziedziny spraw damsko - męskich, jaki wciąż jest wałkowany i to nie tylko na blogach. Tym razem rzecz dotyczy przyjaźni damsko - męskiej. Podobnie jak to było z tematem prawdziwej przyczyny męskiej niewierności, sprawa jest stosunkowo prosta, ludzie zupełnie niepotrzebnie to komplikują.

   Odpowiedzmy więc sobie od razu na podstawowe pytanie, czy jest możliwa pozałóżkowa przyjaźń kobiety i mężczyzny? Odpowiedź może być tylko jedna - ależ oczywiście, że tak! Kwestią otwartą jest tylko czas trwania takiej przyjaźni...
   Patrząc na tę sprawę pod tym kątem, powiem Wam, że jeśli o mnie chodzi to dzielę kobiety  na trzy zasadnicze typy.

 1. Typ przyjaciółki. Panie należące do tego typu głęboko wierzą w to, co przed chwilą napisałem i czasem udaje im się też przekonać do tego facetów, których obrały sobie za swoich przyjaciół. Potem bywa z tym różnie. Czasem taka przyjaźń trwa mniej więcej kwadrans /i oczywiście kończy się w łóżku/, a czasem może trwać przez całe życie. Nie ma reguł, wszystko zależy od wzajemnych relacji pomiędzy omawianą dwójką.

 2. Typ kochanki. Panie należące do tej grupy raczej nie będą przyjaciółkami dla facetów. Jeśli mają ochotę zaprzyjaźnić z facetem, to po prostu idą z nim do łóżka, bo inaczej sobie takiej przyjaźni nie wyobrażają.

 3. Typ mieszany, przyjaciółkokochanki. Panie należące do tej grupy są po prostu raz takie, a raz siakie /żeby sprawa była jasna - w odniesieniu do tego samego mężczyzny/. Od czego zależy, jakie będą w danej chwili? Hmmm, myślę że zależnie od fazy ich cyklu lub fazy Księżyca, no i oczywiście tego "jak im czapka stanie". Wbrew pozorom, do tej grupy należy najwięcej kobiet, no bo przecież nie od dziś wiadomo, że "kobieta zmienną jest".

   Warto dodać, że zaklasyfikowanie kobiet do poszczególnych grup jest w tym wypadku sprawą indywidualną. Ważne są wzajemne relacje interpersonalne pomiędzy kobietą i mężczyzną, co oznacza, że jedna i ta sama kobieta może być przez jednego faceta zaklasyfikowana do grupy "przyjaciółek", zaś przez drugiego do grupy "kochanek".

   Ponieważ bardzo lubię od czasu do czasu pobawić się w postrzelonego wirtualnego psychologa, więc miałem teraz przejść od teorii do praktyki i przyporządkować komentujące tutaj Panie do jednej z trzech ww. grup /oczywiście bardziej w ramach wirtualnej zabawy niż faktycznego przyporządkowania branego na serio/, ale wiąże się z tym pewne ryzyko, a mianowicie, że zostanę przez niektóre Panie źle zrozumiany, więc tym razem dałem sobie na wstrzymanie. Jednak na wyraźne życzenie wyrażone indywidualnie w komentarzach, jestem skłonny podać swój typ. Oczywiście bez żadnego uzasadnienia, bo to się po prostu czuje, a więc w tym wypadku trudno o jakieś logiczne uzasadnienie.

   Acha, jeszcze jedno - nie zawsze potrafię określić swój typ  - niektóre Panie znam jeszcze zbyt słabo, inne z kolei maskują się na tyle skutecznie, że nie jestem w stanie obecnie stwierdzić, do jakiego typu należą. Grupce tych ostatnich Pań przewodzi oczywiście rozmarzona Luzi z tajemniczym uśmieszkiem Giocondy na twarzy.

  
   A tę Giocondę podebrałem oczywiście z bloga Nienormalnej Woman - czy wiecie, że nie tak dawno dała na swoim blogu znak życia? Przy okazji pozdrawiam Cię serdecznie Pretty, masz ode mnie buziaka i to nie tylko za tę Giocondę, ale za całokształt całus  

poniedziałek, 5 listopada 2007

Zabawa w uczucia.

   Dziękuję Wam za wszystkie komentarze napisane pod wierszem dla Miriam. Zawarliście w nich wiele ciepłych słów pod adresem Miriam, Lili, a także i moim.
   Dziękuję Wam bardzo.
*********

   Pamiętacie film "Niebezpieczne związki" Stephena Frearsa, nakręconego na podstawie powieści Choderlosa de Laclos?

   Tamten film opowiada o tym samym, o czym dziś chciałem napisać - o bawieniu się w uczucia, o cynicznym rozkochiwaniu w sobie innych osób tylko dla zabawy lub dla uzyskania jakichś innych spodziewanych korzyści.
   Trudno mi znaleźć jakąś inną, równie podłą zabawę, która może w podobnym stopniu okaleczyć ludzką psychikę, jak cynicznie prowadzona gra w pozorację uczucia.
   Człowiek, który w ten sposób się przy tym bawi, z pewnością czuje się świetnie - dla niego jest to tylko pewien rodzaj gry, on nie angażuje w to swoich emocji, ani też swoich uczuć. A ofiara takiej zabawy? Długo nie może się po czymś takim otrząsnąć, czuje się głęboko zraniona, wykorzystana, gorsza. Dla ofiary taka zabawa kończy się często głęboką depresją psychiczną, która może zakończyć się nawet targnięciem na własne życie.
   Podobnie kończy się wspomniany przeze mnie film "Niebezpieczne związki".
   Dlaczego piszę na ten temat? Bo ślady takiej zabawy znalazłem jakiś czas temu na dwóch blogach, co oznacza, że także wśród nas są tacy, którzy nie mają skrupułów, aby w ten sposób bawić się uczuciami drugiego człowieka.
   Kiedy ci ludzie zrozumieją, jak wielką krzywdę mogą wyrządzić swoim ofiarom? Czy dopiero wówczas, gdy ktoś inny rozpocznie podobną zabawę ich kosztem?
   Dlaczego część z nas uwielbia deptać uczucia innych ludzi?


poniedziałek, 9 lipca 2007

Wirtualna miłość w czystej postaci.

   Na temat wirtualnej miłości napisano już sporo postów. Moim zdaniem najlepszy był post napisany przez Niedzisiejszą pt. "Wirtualna miłość". 
   Bardzo sobie cenię ten post, nie tylko z tego powodu, że został on napisany z pewną swadą i humorem, ale też z tej racji, że jest całkowicie zgodny z moimi poglądami na ten temat. Dlatego o tym aspekcie wirtualnej miłości raczej nic już nie napiszę, bowiem Niedzisiejsza doskonale wyraziła moje własne odczucia w tej kwestii.
   Czytając te wszystkie posty, zacząłem się zastanawiać, czy rzeczywiście możliwa jest wirtualna miłość w czystej postaci - platonicznej, gdy do spotkania oblubieńców w Realu w ogóle nie dochodzi, a samo uczucie "miłość" pozostaje wyłącznie w sferze wirtualnej.
   Taka wirtualna miłość rodzi też kolejne pytanie -  czy do uprawiania miłości potrzebny jest kontakt bezpośredni? Pisze o tym Ptr w swoim poście pt. "konwersacja czyli kompensacja". 
   Czy zatem dwoje kochających się ludzi może wspólnie odczuwać intymną bliskość wyłącznie poprzez kontakt wirtualny? Czy rzeczywiście zdarzają się przypadki takich intymnych spotkań za pomocą Sieci?

   Jako jeden z wielu możliwych i różnorodnych przykładów wirtualnej miłości w takiej formie, wyobraziłem sobie parę wirtualnych kochanków - powiedzmy, że oboje, czyli ona i on tkwią w nieudanych związkach, z których mają kilkuletnie lub kilkunastoletnie dzieci. Oboje mają każdego dnia swobodny (a jeśli nie swobodny, to zrobią w miarę rozwoju znajomości wszystko, żeby był jak najczęstszy) dostęp do Sieci. Tam się stopniowo poznają, a z czasem ich wzajemne zafascynowanie swoją osobowością przekształca się w bardzo bliski, wirtualno - intymny kontakt. Po jakimś czasie wyznają sobie miłość. Oboje czują, że już nie potrafią bez siebie żyć - stale do siebie piszą, rozmawiają za pomocą komunikatorów i przez telefony komórkowe. Z czasem wykorzystują też możliwości, jakie dają kamery podłączone do Internetu…
   Wirtualni kochankowie godzą się na taką formę miłości, za wszelką cenę nie chcą robić rewolucyjnych zmian w swoim dotychczasowym życiu, gdyż przedkładają dobro swoich rodzin nad swoje własne. Świadomie nie chcą się ze sobą spotkać, zdają sobie sprawę, że porwałaby ich fala wzajemnej fascynacji i ta namiętność, która się w nich nagromadziła podczas wirtualnych kontaktów, musiałaby wówczas znaleźć swoje ujście. To z kolei mogłoby już zamienić się w rwącą rzekę prowadzącą ku obopólnemu zatraceniu, z której mogłoby już nie być możliwości powrotu do status quo... 
Wiedzą o tym oboje i właśnie z tego powodu poprzestają wyłącznie na miłości w formie wirtualnej, niespełnionej w Realu, świadomie rezygnując z miłości tradycyjnej, utożsamianej do tej pory z bliskością fizyczną wraz z całym pięknem i ideą tego uczucia.
   Niedawno poznałem w Sieci parę, która z grubsza rzecz biorąc, pasuje do opisanej przeze mnie historii. Z tą tylko różnicą, że brak kontaktu bezpośredniego, stał się dla nich po jakimś czasie niewystarczający, okazał się czymś, co nie zastąpi prawdziwych chwil upojnego konsumowania miłości. W ich przypadku nigdy do spotkania nie doszło, a znajomość ta, jako związek uczuciowy dwojga ludzi, został przerwany ze względu na wspomniane przeze mnie wyżej rewolucyjne zmiany w ich rodzinach i drogę do zatracenia. O miłości - uczuciu muszą zapomnieć. Niestety…
   Poniżej zamieszczam fragment listu , jaki kiedyś otrzymałem od Pani która współtworzyła tę wirtualną parę /fragment zamieszczony jest za zgodą Autorki listu/:
   "(…) W Sieci można poznać naprawdę dobrze drugiego Człowieka. Zachowując jedną regułę - szczerość. Można poznać się, jak przysłowiowe "łyse konie". Do takiego stopnia, że czasami ma się wrażenie porozumiewania telepatycznego. 
   Jeśli chodzi o samo uczucie MIŁOŚĆ, to ok. Jest możliwe. Może trwać. Nawet bardzo długo bez spełnienia, bez dotyku, bez tego kontaktu, który jest urzeczywistnieniem związku. Ale przychodzi taki moment, kiedy czułe słowa i brak kontaktu cielesnego, to za mało. I do tego momentu ta "wirtualna miłość w czystej postaci" jest możliwa. Ale nigdy nie trwa długo. A już na pewno nie jest możliwa na zawsze. W tym momencie trzeba podjąć decyzję. (…)"

   No a co z pożądaniem i seksem? Potrzebny jest ten kontakt bezpośredni, czy wystarczy tylko wirtualny?
   Odpowiedź na to pytanie otrzymałem, czytając komentarz zamieszczony na pewnym z blogów, którego fragment pozwolę sobie zacytować, ale po niewielkich jego przeróbkach /zgodnie z życzeniem Autorki/.
   "...w moim życiu był kiedyś związek z facetem /nazwijmy go X/, który to został porzucony przez kobietę /Y/, której nigdy nie widział a znał ją tylko przez Internet. Nie spotkali się nigdy, pomimo trzy letniej znajomości bo ona mieszkała w /..../  i jakoś nie kwapiła się do przyjazdu. 
   Kiedy jednak ten jakby związek się skończył, zawiązała się moja znajomość z X i w tym momencie ex Y się odezwała, no i ta dziwna miłość odżyła, co więcej Y wysyłała setki maili miłosnych do X, w których  mnie obrażała... Cóż miałam zrobić, skoro X nie mógł się zdecydować. Odeszłam od niego. Dziwna to była znajomość. Nigdy nie myślałam że można się tak zaangażować by net, ba, nawet uprawiać sex jak to było w przypadku X i Y..."


   No i teraz już wiem na pewno, że "wirtualna miłość w czystej postaci" jest możliwa.




   Czy chcecie poznać moją własną opinię w tej kwestii? 
   Jeśli tak, to zapraszam na moje forum, które zdecydowałem się nieco odświeżyć, bo zaczęło mi powoli pokrywać się wirtualną pajęczyną  oczko


środa, 4 lipca 2007

Milczenie mężczyzn w oczach kobiet.

  W relacjach damsko - męskich istnieją sprawy, które są w diametralnie różny sposób interpretowane przez obie płcie. Do takich spraw należy również przemilczanie przez mężczyzn niektórych zdarzeń łączących się z ich życiem. 
   Do takich wniosków doszedłem po przeczytaniu postu Violinki pt. "Kłamstwo po męsku".Jaką główną tezę można wyczytać w tym poście? Ano taką, że wg Autorki, jeżeli mężczyźni milczą, to rzekomo kłamią.
   Nie zgadzam się z takim podejściem do tego zagadnienia. Dlatego też w niecały rok po publikacji ww. postu Violinki /której przy okazji serdecznie gratuluję pierwszej rocznicyprowadzenia bloga pt. "Nie dać się życiu"/ hihi , zdecydowałem się wyrazić swoją opinię właśnie na ten temat.

   Mężczyźni na ogół nie mówią wielu rzeczy swoim życiowym partnerkom. Podobnie jest zresztą z kobietami, o czym Autorka nie była już łaskawa napisać, chociaż moim zdaniem wypadałoby przynajmniej o tym wspomnieć.
   Skoncentrujmy się jednak na mężczyznach.
   Może najpierw należałoby sobie odpowiedzieć na pytanie - "dlaczego mężczyźni milczą?".
   Czasem po prostu dlatego, że mają coś do ukrycia i celowo nie chcą powiedzieć prawdy. Ale wbrew pozorom nie jest to wcale nagminny przypadek, a poza tym, nie oszukujmy się, w ten sposób potrafią milczeć także kobiety. Pomińmy zatem ten przypadek, jako niezbyt typowy  i starajmy się dociec innych przyczyn męskiego milczenia.
  Otóż odpowiedź będzie dość prozaiczna - bo mężczyźni tacy już są, nie czują potrzeby mówienia o wszystkim swoim partnerkom. Po prostu milczenie leży w naturze facetów. Przemilczają te sprawy, które ich zdaniem nie są istotne dla kobiet lub głównie dotyczą ich samych. Nie bardzo zdają sobie nawet sprawę z tego, że ich partnerki mają wielką potrzebę, aby o tym koniecznie wiedzieć. Składanie codziennych meldunków swoim partnerkom, o tym gdzie byli i co robili, nie leży po prostu w ich naturze.
   Z kolei w psychice kobiet dominuje głęboko zakorzeniona potrzeba ciągłej inwigilacji swojego mężczyzny, śledzenia każdego jego kroku. Wynika to chyba z podświadomej obawy kobiet, że mężczyzna, którego się nie pilnuje, który nie jest przez nie stale dozorowany, prędzej czy później znajdzie sobie inną partnerkę. Jednak mężczyźni rozumieją to po swojemu. Nie lubią, gdy kobiety śledzą każdy ich krok. Czują się wówczas tropieni i inwigilowani.
   Mężczyźni nie mają świadomości, że ich milczenie może być odbierane przez ich partnerki, jako kłamstwo. Gdyby mieli taką świadomość, to przynajmniej można by im zarzucać, że kłamią. Jednak na ogół robią to w sposób nieświadomy i na pytanie
 - dlaczego mi o tym nie powiedziałeś? - odpowiadają zgodnie ze swoją męską logiką
 - bo przecież wcale mnie o to nie pytałaś - a potem szczerze dziwią się, że kobiety, po usłyszeniu takiej odpowiedzi, często wpadają w furię. Ich zdziwienie nie jest udawane, mężczyźni na ogół nie zdają sobie sprawy, że kobiety patrzą na tę kwestię z  całkowicie odmiennego punktu widzenia.
   Czy w takim razie można milczącym facetom zarzucić kłamstwo? Myślę, że nie. Kłamstwo jest wówczas, gdy w sposób celowy, rozmyślny i świadomy wprowadza się swego partnera w błąd. Tymczasem mężczyźni robią to na ogół nieświadomie.
  A co można by w związku z tym doradzić milczącym facetom?
  Panowie - okażcie troszkę więcej wyrozumiałości dla swoich wybranek i mówcie im przynajmniej z grubsza, nie tylko o tych sprawach, które uważacie za ważne, ale też o tych, które uważacie za mniej ważne, bo jak się okazuje, dla Waszych Pań są one także niezmiernie ważne.
   Co z kolei doradzałbym kobietom?
   Nie zapominajcie Drogie Panie, że każdy mężczyzna jest po trosze samotnym wilkiem, który chodzi własnymi ścieżkami. Natury nie da się zmienić tak całkowicie. Wyjście jest tylko jedno - albo zaufacie swemu mężczyźnie i dacie mu trochę swobody, albo prędzej, czy później będzie się on czuł inwigilowany i zaszczuty.
   Na koniec dodam, że każdy związek opiera się przede wszystkim na wzajemnym zaufaniu. Jeżeli facet ma ochotę zrobić "skok w bok", to i tak to zrobi, choćby nie wiem jak się go pilnowało. Ta reguła odnosi się zresztą w takim samym stopniu do mężczyzn, jak i do kobiet.

  
http://gify.klimacik.pl/mini/208.gif

piątek, 27 kwietnia 2007

Cechy męskie, a cechy żeńskie.

   Ten mój post jest jednocześnie próbą repliki na post violinki pt."Bo facet twardy musi być, nie miętki", jak i dalszym ciągiem dyskusji, zamieszczonej pod postem niedzisiejszej pt. "Kultura banału kontra kultura dominacji".
   Rewolucja obyczajowa, która rozpoczęła się na przełomie XIX i XX wieku, dokonuje się obecnie na naszych oczach. Niesie ona ze sobą szereg zmian w naszym dotychczasowym postrzeganiu świata. Jedną z tych zmian jest postrzeganie przez nas pewnych cech uznawanych niegdyś za typowo damskie oraz typowo męskie.
   Co to za cechy? W przypadku kobiet jest to delikatność, subtelność, kruchość, wrażliwość, które tworzą w efekcie pewien subtelny żeński powab kojarzony z kobiecością.
W przypadku mężczyzn, będzie to pewna drapieżność, siła, zdecydowanie, twardość, którą rozumiem jako swoisty hart ducha, słowem zespół cech, który sprawia, że mężczyzna jest po prostu męski.
   Oczywiście można by tutaj wymieniać jeszcze kilka cech przyporządkowanych zarówno kobietom, jak i mężczyznom, ale i tak wiadomo, o co chodzi.
Takie cechy jeszcze do niedawna były dość ściśle utożsamiane z daną płcią.
   Obecnie obserwujemy zjawisko polegające na zatarciu się tych charakterystycznych mentalnych różnic pomiędzy kobietami i mężczyznami. Objawia się to tym, że kobiety stopniowo nabierają cech wcześniej uznawanych za typowo męskie, zaś mężczyźni - cech kobiecych.
   Obserwuję to z dużą dezaprobatą. Dla mnie kobieta, która przejawia cechy uznawane za typowo męskie jest po prostu mało kobieca. Podobnie jest ze sfeminizowanymi facetami.
   Jak już pisałem niedzisiejszej, nie wyobrażam sobie świata złożonego z ludzi - mentalnych hermafrodytów, dla których jedynym wyróżnikiem płci będą ich zewnętrzne, fizyczne atrybuty. Wcale nie mam ochoty żyć w takim świecie.
   Przy okazji warto zauważyć, że my - mężczyźni jesteśmy obecnie między młotem, a kowadłem. Z jednej strony kobiety szukają w nas cech utożsamianych, jako typowo "męskie", z drugiej zaś chcą, abyśmy byli romantyczni, wrażliwi, czuli i tkliwi. Czy te cechy można ze sobą pogodzić? Z pewnością jest to bardzo trudne. No więc obecnie z jednej strony słychać, że mężczyźni, to rozmiękczone, sfeminizowane osobniki, tylko przez przypadek zaopatrzone w jakieś szczątkowe, fizyczne atrybuty męskości, z drugiej zaś - że są to szowinistyczne męskie samce, itp. określenia.
   Przy okazji pojawiło się zjawisko mężczyzn typu "macho", którzy w powszechnej świadomości są na wskroś męscy, ale przy okazji pogardzają kobietami - myślę, że właśnie o takich przypadkach pisze violinka w swoim poście. Dla mnie to jest patologia. Zgadzam się, że często spotykana. Ale jednak patologia.
   Myślę, że większość mężczyzn szanuje kobiety. Nie mam co do tego wątpliwości. Potrafimy też być odpowiednio wrażliwi i czuli. Jeżeli tego nie okazujemy na co dzień - to dlatego, że wychowano nas na "twardzieli". Ale wcale nie jesteśmy nieczuli. Trzeba tylko umieć się przebić przez nasz zewnętrzny "pancerz".
   Dlatego Drogie Panie - zastanówcie się czego szukacie w nas - mężczyznach. Bo najłatwiej jest krytykować. Pamiętajcie, że wedle buddyjskich wierzeń powrócicie ponownie na ten świat, ale tym razem w ciałach mężczyzn. A wówczas role się odwrócą i to my - przyszłe kobiety, będziemy Was krytykować. No i co wtedy?

 http://vallejo.ural.net/1978/005.jpg