Gdy przeczytałem, że słynny linoskoczek - Nik Wallenda znany wcześniej z przejścia po rozpiętej linie nad przepaścią pod wodospadem Niagara i Wielkim Kanionem Kolorado przymierza się tym razem do podniebnego "spaceru" po linie rozpiętej pomiędzy drapaczami chmur w Chicago - bez żadnego zabezpieczenia - to jak zwykle czytając tego typu informacje, po prostu wzruszyłem ramionami. No bo co to mnie obchodzi? Jak spadnie, to spadnie - jego ryzyko, a nie moje.
Ale potem, jak już oglądałem ten "spacer" zadałem sobie proste pytanie - kim jest ten człowiek i wszyscy jemu podobni, którzy decydują się na podjęcie ryzyka, które tak naprawdę jest igraniem ze śmiercią.
Bo tutaj nie chodzi tylko o podniebne "spacery" po linie.
Himalaiści również podejmują się prób, które oscylują na granicy życia i śmierci. Niestety, wielu z nich nie wychodzi zwycięsko z tych prób i zostaje już na zawsze w Himalajach, co nie przeszkadza innym podejmować kolejnych, coraz bardziej trudnych i spektakularnych prób. Już nie wystarcza zdobycie najwyższych szczytów w okresie letnim, kilka lat temu zaczęła się licytacja na wspinaczkę w okresie zimowym, a jednocześnie wyszukiwanie coraz trudniejszych tras dla tej wspinaczki. W tej sytuacji rodzi się proste pytanie - gdzie jest wyznaczona granica ryzyka poza którą dalsze utrudnianie górskiej wspinaczki nie jest już żadnym heroizmem, a jedynie najzwyklejszą ludzką głupotą? Czy taka granica w ogóle istnieje? Czy himalaiści w pogoni za ekstremizmem położonym na granicy życia i śmierci oraz ewentualną sławą w przypadku powodzenia wyprawy, zatracili już całkowicie swój instynkt samozachowawczy?
Podam tutaj jeszcze jeden przykład, tym razem z branży filmowej.
Facet, który w pogoni za "dreszczykiem na plecach" widzów oglądających jego programy przyrodnicze stracił życie. Gdy oglądałem wcześniej jego programy to już wtedy wiedziałem, że długo nie pożyje, bo już od dawna balansował na granicy życia i śmierci. Nie wiem, albo przeceniał własne umiejętności, albo nie doceniał śmiertelnego zagrożenia ze strony dzikich zwierząt, które pokazywał w swoich filmach. Podchodził do nich zdecydowanie za blisko bagatelizując zagrożenie z ich strony. Udawało mu się, ale do czasu - w końcu nadział się sercem na ogon płaszczki i już nie udało się go uratować.
Jak można nazwać takich ludzi? Czy są to bohaterscy ryzykanci, czy jednak bardziej szaleńcy, którym w trosce o ich własne bezpieczeństwo powinno się zabronić podejmowania dalszych prób tego typu?
Ktoś może w tej chwili powiedzieć - jakim prawem można im zabronić podejmowania ryzykownych prób? Wszak podejmują te próby na własne ryzyko, a zabranianie im czegokolwiek kłóci się z prawem każdego człowieka do wolnych i nieskrępowanych wyborów.
Ale czy na pewno?
W takim razie dlaczego nakazuje się nam, wolnym ludziom, zapinanie pasów bezpieczeństwa w samochodach i samolotach? Dlaczego istnieją tysiące przepisów dbających o nasze bezpieczeństwo, które zwyczajnie gwałcą nasze prawo do bycia wolnymi ludźmi? Jak to się ma do równości wszystkich ludzi, skoro jednym wolno, a innym nie? Czy to jest sprawiedliwe?
Podniebny "spacer" Nika Wallendy tym razem zakończył się szczęśliwie. Chociaż każdy kolejny krok mógł okazać się tym ostatnim...
Obserwując Nika stąpającego po linie z zasłoniętymi oczami zastanawiałem się, o czym w trakcie tego dość szczególnego "spaceru" myślała jego żona i dzieci. Jak oni to znieśli?
A może to właśnie oni są prawdziwymi bohaterami?
Nie wiem co jeszcze wymyśli Nik Wallenda i jemu podobni ryzykanci. Ale moim zdaniem to już zaczyna przekraczać granice ryzyka i powoli osiąga poziom szaleństwa.
A tam może już nie być happy endu...
