Witaj Miły Gościu na pokładzie Linii Lotniczych "Smurffair". Rozgość się tutaj - mój wirtualny barek jest zawsze obficie zaopatrzony ;) Życzę wyłącznie miłych lotów i wielu przyjemnych wrażeń!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Felietony.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Felietony.. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 2 grudnia 2014

Granice ryzyka.

Gdy przeczytałem, że słynny linoskoczek - Nik Wallenda znany wcześniej z przejścia po rozpiętej linie nad przepaścią pod wodospadem Niagara i Wielkim Kanionem Kolorado przymierza się tym razem do podniebnego "spaceru" po linie rozpiętej pomiędzy drapaczami chmur w Chicago - bez żadnego zabezpieczenia - to jak zwykle czytając tego typu informacje, po prostu wzruszyłem ramionami. No bo co to mnie obchodzi? Jak spadnie, to spadnie - jego ryzyko, a nie moje.
Ale potem, jak już oglądałem ten "spacer" zadałem sobie proste pytanie - kim jest ten człowiek i wszyscy jemu podobni, którzy decydują się na podjęcie ryzyka, które tak naprawdę jest igraniem ze śmiercią.
Bo tutaj nie chodzi tylko o podniebne "spacery" po linie.
Himalaiści również podejmują się prób, które oscylują na granicy życia i śmierci. Niestety, wielu z nich nie wychodzi zwycięsko z tych prób i zostaje już na zawsze w Himalajach, co nie przeszkadza innym podejmować kolejnych, coraz bardziej trudnych i spektakularnych prób. Już nie wystarcza zdobycie najwyższych szczytów w okresie letnim, kilka lat temu zaczęła się licytacja na wspinaczkę w okresie zimowym, a jednocześnie wyszukiwanie coraz trudniejszych tras dla tej wspinaczki. W tej sytuacji rodzi się proste pytanie - gdzie jest wyznaczona granica ryzyka poza którą dalsze utrudnianie górskiej wspinaczki nie jest już żadnym heroizmem, a jedynie najzwyklejszą ludzką głupotą? Czy taka granica w ogóle istnieje? Czy himalaiści w pogoni za ekstremizmem położonym na granicy życia i śmierci oraz ewentualną sławą w przypadku powodzenia wyprawy, zatracili już całkowicie swój instynkt samozachowawczy?


Podam tutaj jeszcze jeden przykład, tym razem z branży filmowej. 

Facet, który w pogoni za "dreszczykiem na plecach" widzów oglądających jego programy przyrodnicze stracił życie. Gdy oglądałem wcześniej jego programy to już wtedy wiedziałem, że długo nie pożyje, bo już od dawna balansował na granicy życia i śmierci. Nie wiem, albo przeceniał własne umiejętności, albo nie doceniał śmiertelnego zagrożenia ze strony dzikich zwierząt, które pokazywał w swoich filmach. Podchodził do nich zdecydowanie za blisko bagatelizując zagrożenie z ich strony. Udawało mu się, ale do czasu - w końcu nadział się sercem na ogon płaszczki i już nie udało się go uratować.


Jak można nazwać takich ludzi? Czy są to bohaterscy ryzykanci, czy jednak bardziej szaleńcy, którym w trosce o ich własne bezpieczeństwo powinno się zabronić podejmowania dalszych prób tego typu?

Ktoś może w tej chwili powiedzieć - jakim prawem można im zabronić podejmowania ryzykownych prób? Wszak podejmują te próby na własne ryzyko, a zabranianie im czegokolwiek kłóci się z prawem każdego człowieka do wolnych i nieskrępowanych wyborów.
Ale czy na pewno? 
W takim razie dlaczego nakazuje się nam, wolnym ludziom, zapinanie pasów bezpieczeństwa w samochodach i samolotach? Dlaczego istnieją tysiące przepisów dbających o nasze bezpieczeństwo, które zwyczajnie gwałcą nasze prawo do bycia wolnymi ludźmi? Jak to się ma do równości wszystkich ludzi, skoro jednym wolno, a innym nie? Czy to jest sprawiedliwe?


Podniebny "spacer" Nika Wallendy tym razem zakończył się szczęśliwie. Chociaż każdy kolejny krok mógł okazać się tym ostatnim...




Obserwując Nika stąpającego po linie z zasłoniętymi oczami zastanawiałem się, o czym w trakcie tego dość szczególnego "spaceru" myślała jego żona i dzieci. Jak oni to znieśli?

A może to właśnie oni są prawdziwymi bohaterami?


Nie wiem co jeszcze wymyśli Nik Wallenda i jemu podobni ryzykanci. Ale moim zdaniem to już zaczyna przekraczać granice ryzyka i powoli osiąga poziom szaleństwa. 

A tam może już nie być happy endu...



czwartek, 4 września 2014

Homo sovieticus versus homo europaeus.

Smurffie- przyznam, że ja nie widzę cienia szansy. Wlecze się za nami czas PRL - i homo sovieticus , sponiewierany przez długo oczekiwany kapitalizm, który w jego mniemaniu miał mu dostarczyć kaszę mannę z nieba i powszechną szczęśliwość bez pracy własnej ,przekształcił się w homo sovieticusa do potęgi entej. Łatwiej jest negować, wyśmiewać i równać w dół. Po co mieć autorytety ? tylko frustrują przez porównanie. Więc zamiast starać się dążyć do wzorca- lepiej zgnoić .Oszkalować, zdyskredytować. A kolejne pokolenia uczą się ....

Ten komentarz An-Ki napisany pod poprzednim postem sprawił, że postanowiłem nieco szerzej zająć się tematem naszej przyszłości. Jacy będziemy jako naród za kilkanaście lat? Czy faktycznie, jak pisze An-Ka, w następnych pokoleniach wciąż będą drzemać paskudne geny wypaczonego ideowo, zniewolonego przez długoletnią komunę człowieka, którego potoczna nazwa brzmi homo sovieticus? I czy nasz naród jest skazany na klęskę, bo wpojona mentalność homo sovieticus nie pozwoli nam na normalny i harmonijny rozwój? Czy nasze narodowe przywary, takie jak choćby powszechna zawiść wciąż będą się za nami wlokły?

Myślę, że staram się postrzegać naszą rzeczywistość, taką jaka ona jest. Bez nadmiernej euforii, ale i bez szukania dziury w całym. W efekcie mam do tej rzeczywistości stosunek mocno krytyczny, o czym świadczy już całkiem sporo moich postów, z których jednak pozwoliłem sobie przypomnieć tylko dwa, jako pod pewnym względem "reprezentacyjne" jeśli chodzi o krytykę naszej obecnej rzeczywistości:

A jednak, pomimo mojego krytycznego nastawienia, w stosunku do kwestii poruszonych przez An-kę jestem umiarkowanym co prawda, ale jednak optymistą. A więc myślę, że powoli zrzucamy z siebie ponure piętno homo sovieticus i krok po kroku coraz bardziej stajemy się homo europaeus. Ten proces zachodzi bardzo powoli, ale jednak zachodzi. Dostrzegam pewne korzystne zmiany patrząc na nasze miasta i wioski, widzę te zmiany w sklepach i urzędach, dostrzegam je także w nas samych. Oczywiście wiele jest jeszcze do zrobienia, bo nie da się w jeden dzień, ani nawet w ciągu jednego pokolenia zmienić ludzkiej mentalności. Wiadomo, że jest to proces żmudny i długotrwały, a korzystne zmiany mogą być widoczne dopiero za kilka pokoleń. Wierzę jednak, że w dłuższej perspektywie czasowej uda nam się zmienić raz na zawsze zgubną mentalność homo sovieticus. Po to byśmy mogli stać się wreszcie prawdziwymi Europejczykami. Prawdziwymi, a nie "Wschodnimi Europejczykami", których Zachód wciąż postrzega jako "Europejczyków II kategorii". Myślę, że jeżeli będziemy wystarczająco cierpliwi i konsekwentni na naszej drodze do uzyskania statusu pełnoprawnych Europejczyków, ta sztuka powinna nam się wreszcie udać.
Im szybciej to nastąpi, tym lepiej.


poniedziałek, 24 lutego 2014

Pomiędzy zdradą a bohaterstwem, czyli podzielony naród.

Niedawno odbyła się premiera filmu "Jack Strong".
Filmu nie oglądałem, ale nie o samym filmie chciałem teraz napisać. Jak wiadomo film opowiada o życiu i działalności pułkownika Ryszarda Kuklińskiego - człowieka którego do chwili obecnej jedni Polacy uznają za bohatera, a inni za zdrajcę. Postać pułkownika bez wątpienia wciąż wprowdza bardzo ostry podział w polskim społeczeństwie pomimo tego, że okres komuny skończył się mniej więcej 25 lat temu, a sam Kukliński nie żyje już od 10 lat. Z jednej strony pojawiają się głosy piętnujące postawę Kuklińskiego z drugiej zaś wychwala się postać pułkownika, jako polskiego bohatera zasługującego na uznanie i powszechny szacunek.

Osobiście skłaniam się ku tezie, że pułkownik Kukliński poprzez swoją kontrowersyjną szpiegowską działalność bardzo się przysłużył sprawie ostatecznego zakończenia okresu zimnej wojny, co ma także związek z upadkiem ZSRR i uwolnieniem się spod komunistycznego jarzma kilku krajów Europy środkowo - Wschodniej, w tym także Polski.
Myślę jednak, że jest jeszcze za wcześnie na ocenę postawy płk Kuklińskiego, bo chyba jeszcze za mało czasu minęło, a ludzkie emocje jeszcze nie zdążyły ostygnąć. Niech więc postać pułkownika oceni historia, mam nadzieję, że będzie to najbardziej obiektywna ocena.

To, co mi się nie podoba przy okazji nagłaśniania postaci pułkownika Kuklińskiego, to skrajna polaryzacja stanowisk w odcieniach czarne - białe, z niemal całkowitym pominięciem innych postaci, które także w mojej ocenie warte są tego, aby je przy tej okazji przypomnieć. Bo obrońcy Kuklińskiego najwidoczniej zapomnieli, że pan pułkownik wcale nie był pierwszym polskim wojskowym, który przysłużył się Zachodowi. Palma pierwszeństwa należy tutaj prawdopodobnie /prawdopodobnie, bo ten wykaz siłą rzeczy dotyczy tylko zdekonspirowanych szpiegów/ do Józefa Światły, wysokiego funkcjonariusza Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, który w 1953 roku uciekł na Zachód. Jednak w tym przypadku brak peanów pochwalnych wznoszonych na cześć ww. jest zrozumiały, wszak był to znany stalinowski śledczy, który aktywnie uczestniczył w aresztowaniach i represjach wobec polskich działaczy podziemia niepodległościowego. Pozwolę sobie jednak jeszcze raz na moment powrócić do tej mrocznej postaci w dalszej części tego posta.
Drugim, znacznie mniej znanym wojskowym niż płk Kukliński, który przeszedł na stronę Zachodu jest ppłk Michał Goleniewski. Swego rodzaju ciekawostką pozostaje fakt, że już po tym, jak znalazł schronienie w USA, zaczął się podawać za carewicza Aleksego, czyli syna cara Mikołaja II, a tym samym rościć pretensje do bogatej spuścizny po rodzinie Romanowów. Ale wcześniej, dzięki zdobytym przez siebie informacjom, bardzo się przysłużył Amerykanom, a więc jego zasługi na polu pełnienia funkcji "protoplasty polskiego oficera łącznikowego współpracującego z NATO", jak się czasem w obecnych czasach określa to, co później robił Kukliński, są z pewnością nie do przecenienia.
Bardzo znanym polskim sportowcem, a przy tym także wojskowym, który przyznał się do szpiegowania na rzecz Zachodu był major Jerzy Pawłowski. Był to szermierz światowej klasy. Zdobył nawet kilka medali olimpijskich /w tym złoty medal indywidualnie w szermierce podczas Igrzysk Olimpijskich w Meksyku, w 1968 roku/. Został zwerbowany podczas pobytu w USA. Amerykanom przekazywał głównie informacje personalne i towarzyskie o osobach z kręgów polityczno-wojskowych. 
Z kronikarskiego obowiązku muszę tutaj wymienić jeszcze kilku innych wojskowych którzy także zdecydowali się na współpracę z Amerykanami. Byli to : por. Andrzej Kopczyński, ppłk. Jerzy Koryciński oraz mjr Ryszard Widerski.

Jednak nikogo z ww. oficerów, poza płk Kuklińskim, nie określa się dzisiaj mianem bohatera. Dlaczego? Czyżby ich zasługi na polu szpiegowania na rzecz amerykańskiego wywiadu okazały się niewystarczające? A więc miarą bohaterstwa miała by być jakość przekazanych Amerykanom informacji?
Jeśli ktoś wyczuł subtelną nutę ironii w ww. pytaniach, to dobrze wyczuł. No bo patrząc na fakt współpracy Kuklińskiego z amerykańskim wywiadem z historycznej perspektywy, to całe bohaterstwo płk Kuklińskiego wypada jednak niezbyt przekonująco.

Ale to jeszcze nie wszystko.
Zwróćmy uwagę na postawę Amerykanów. Czy są wobec nas całkiem szczerzy, czy po prostu mówią to, co jest im aktualnie na rękę? Jeśli są tacy lojalni wobec Polski i Polaków, to dlaczego tak długo ukrywali prawdę o Katyniu? Dlaczego podjęli się współpracy, a potem pieczołowicie chronili wspomnianego już wyżej Józefa Światło - jednego z katów polskiego podziemia niepodległościowego?
W opinii Amerykanów płk Kukliński działał kierując się szlachetnymi pobudkami i był przekonany o słuszności podejmowanych przez siebie działań. Ale przecież takimi samymi pobudkami kierował się niedawno Edward Snowden... dlaczego zatem Amerykanie obwołali go zdrajcą? Wszak intencje przyświecające zdradzie Kuklińskiego i Snowdena były bardzo podobne... dlaczego w takim razie Amerykanie zupełnie inaczej tłumaczą postępowanie Kuklińskiego i Snowdena? 
Czy to Wam czegoś nie przypomina? 
Np. tłumaczenia Kalego o tym, co to znaczy jak Kali ukraść krowę, a co, jak to Kalemu ukraść krowę?

Do tego dochodzi jeszcze jedna istotna sprawa - nielojalne postępowanie Amerykanów w sprawie uwięzionych terrorystów w Starych Kiejkutach na Mazurach. Wiadomo, że we wstępnych obietnicach miała być o tym cisza po wsze czasy... ale Amerykanie po pewnym czasie jednak "puścili farbę", no i zupa się wylała... a teraz stoją sobie z boku i wskazując na nas palcem, mówią 
- to było u nich, a nie u nas!
Wygodna postawa, prawda? 
Ale Jankesi już tak mają - widzą przede wszystkim koniec swojego nosa, a innych rolują ile tylko się da, byle ten ich koniec nosa miał się dobrze... i tak rozumieć trzeba wszystko, co dotyczy działań Wuja Sama...


Wiecie na czym polega zasadniczy problem z naszymi bohaterami - znanymi postaciami historycznymi po wrześniu 1939 roku?
Na tym, że trudno się doszukać kogoś, kto by służył przede wszystkim Polsce... 
Niektórzy wskażą tutaj pewnie generała Sikorskiego... hmm, no tak, ale... kto wie, może właśnie dlatego musiał zginąć... 
A jakieś inne nazwiska? 
Gen. Anders, gen Jaruzelski, płk Kukliński, gen. Marian Zacharski... za każdym razem mamy tutaj  pewien szkopuł - bo kogo by się nie wzięło "na tapetę", to szybko dochodzi się do wniosku, że wszystkie te osoby przysłużyły się głównie albo interesom radzieckim/rosyjskim, albo angielskim/amerykańskim - ale nie polskim.

Wynika stąd dość smutna konkluzja - niestety jesteśmy obecnie zbyt małym i zbyt słabym krajem, aby rozpatrywać działalność znanych Polaków w oderwaniu od interesów światowych mocarstw. A jeśli się rozpatruje tę działalność przez pryzmat światowych mocarstw, wówczas interes Polski niejako automatycznie staje się interesem drugoplanowym. 

I to by było na tyle. 
Prawie...
Bo na koniec powiem, kto dla mnie jest niewątpliwym bohaterem.
Żołnierze i partyzanci... najpierw walczyli o wolną Polskę z niemieckim najeźdźcą... ale potem, gdy nastała władza komunistów uznali, że nie o taką Polskę walczyli... i dlatego wrócili do lasów i walczyli dalej - wierni złożonej przysiędze... ukrywający się w lasach, wsiach i zagrodach, opuszczeni przez wszystkich, walczący z przeważającymi siłami MO, KBW i NKWD, wiele razy osaczeni i wiele razy wymykający się z kolejnych obław... to są dla mnie prawdziwi bohaterowie... kiedyś pogardliwie nazwani "reakcyjnymi bandami", z czasem rozbici i rozproszeni, często pochowani w bezimiennych grobach... wreszcie skazani przez komunistów na wieczne potępienie i zapomnienie, a dziś nazywani "Żołnierzami Wyklętymi" po wielu latach wrócili na honorowe karty naszej historii... a Dzień Im Poświęcony przypada 1 marca każdego roku, a więc już za niecały tydzień. 

Cześć Ich Pamięci!


środa, 19 lutego 2014

Kilka refleksji nt. poległych na Majdanie Niepodległości.

Rewolucja to wyjątkowo krwawa pani.
Stale wymaga dopływu świeżej krwi i coraz to nowych ofiar.

W ostatnich dniach konflikt na kijowskim Majdanie Niepodległości przybrał na sile. Rośnie liczba rannych i poległych. Można już chyba mówić o ukraińskiej rewolucji.

http://www.dw.de/image/0,,17441461_303,00.jpg

Gdy widzę w TV jak pokazują te starcia, przypominają mi się słowa znanego utworu grupy Lombard...

Widziałeś wczoraj znów w dzienniku 
Zmęczonych ludzi wzburzony tłum 
I jeden szczegół wzrok Twój przykuł 
Ogromne morze ludzkich głów... 

Widząc tych walczących ze sobą ludzi chciałbym ich zapytać:
- o co tak zażarcie ze sobą walczycie? W imię czego giniecie?
Wiecującym i walczącym na Majdanie z pewnością przyświecają szczytne hasła - odpowiedzieliby mi zatem, że walczą o wolną, suwerenną i niepodległą Ukrainę. 
Ale to tylko hasła - wszak walczą z władzą, którą wcześniej sami wybrali - i to w demokratycznych wyborach.
Po co więc robić rewolucję, skoro można dokonać zmian w sposób demokratyczny?

Obawiam się, że ludzie walczący na Majdanie są tylko narzędziem w rękach chytrych polityków, którzy posługują się nimi, aby przeforsować w ten sposób swoje własne cele. Każda siła polityczna chce na tym skorzystać i upiec na tym ukraińskim ogniu swoją własną pieczeń - zarówno Polska razem z UE, USA, jak i Rosja z Putinem. Podobnie Janukowycz ze swoimi oligarchami, jak i politycy z opozycyjnych partii - Barkiwszczyna, Udar i Swoboda. 
W tej ukraińskiej rewolucji tak naprawdę każda ze stron ma zupełnie różne cele, a w obecnej sytuacji nie sposób jednoznacznie stwierdzić, kto na tym ostatecznie zyska, a kto straci. Bardzo się boję, że wygraną stroną okażą się bardzo ostatnio aktywni ukraińscy narodowcy, spadkobiercy Bandery i polskich katów z UPA i OUN. To byłby bezsprzecznie najgorszy wariant dla Polski, jaki może z tej ukraińskiej rewolucji wyniknąć. Nawet wygrana dotychczasowej władzy, tj Janukowycza razem z jego postkomunistami byłaby w tej sytuacji mniejszym złem.

Myślę, że za kilka, może kilkanaście lat na Majdanie Niepodległości stanie pomnik poświęcony ofiarom obecnych rozruchów. Bo rewolucje tak już mają, najpierw domagają się ofiar, którym na samym końcu stawia się pomniki.
Pytanie tylko, co będzie napisane na tym pomniku? Oczywiście to zależy od tego, kto wygra dzięki obecnym rozruchom i kto będzie wtedy przy władzy... bo to władza zazwyczaj stawia ofiarom pomniki i zamieszcza na nich napisy.
Nie wiem tylko, czy te przyszłe pomniki i te napisy zrekompensują ofiarom tej ukraińskiej rewolucji daninę złożoną z własnej krwi, ze swojego zdrowia i życia.
Cóż, rewolucje mają to do siebie, że jedni walczą i giną, a inni z tego korzystają.
I obawiam się, że ta ukraińska rewolucja kolejny raz to potwierdzi...


czwartek, 10 października 2013

Ostatnie kuszenie abp Michalika i co z niego wynika...

Ostatnio mnożą się niczym grzyby po deszczu skandale pedofilskie z udziałem polskich duchownych należących do KK. 
Skandal, który niedawno wybuchł na Dominikanie okazał się jedynie głośnym /bo międzynarodowym/ przerywnikiem w całej serii skandali pedofilskich z udziałem duchownych, które  co i rusz wybuchają na naszym krajowym podwórku. Ostatnim skandalem z tej serii było mocno spóźnione odwołanie przez Kurię Warszawsko - Praską proboszcza z Tarchomina, który - zdaniem sądu I instancji - dopuścił się przestępstwa pedofilii.
Nic dziwnego, że problem pedofilii w KK stał się ostatnio wiodącym tematem niemal we wszystkich krajowych mediach.
Oliwy do ognia dolał w tym tygodniu przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski, arcybiskup Michalik, który w odniesieniu do problemu borykania się KK z pedofilią, powiedział:
- Wielu tych molestowań udałoby się uniknąć, gdyby te relacje między rodzicami były zdrowe. Słyszymy nieraz, że to często wyzwala się ta niewłaściwa postawa czy nadużycie, kiedy dziecko szuka miłości. Ono lgnie, ono szuka. I zagubi się samo i jeszcze tego drugiego człowieka wciąga.

Wypowiedź ta wywołała prawdziwą burzę w mediach, które słusznie uznały ją za skandaliczną.
Sam  abp Michalik szybko zrozumiał swój błąd i przeprosił za swoją wypowiedź nazywając ją "nieporozumieniem". Z kolei rzecznik KEP ks. Józef Kloch określił tę wypowiedź jako "lapsus językowy". 

Natomiast dr Brunet, który także odniósł się do tej wypowiedzi na swoim blogu określił abp Michalika mało zaszczytnym mianem "arcydurnia".

Obawiam się, że problem z wypowiedzią abp Michalika leży nieco głębiej niż to się większości wydaje. Osobiście nie nazwałbym tego ani "nieporozumieniem", ani "lapsusem językowym", ani też - idąc w ślad za rozumowaniem dr Bruneta - arcygłupotą. 
Gdyby tak było, nie byłoby sprawy, a ja nie napisałbym tego posta.

Otóż moim zdaniem abp Michalik w swojej wypowiedzi dopuścił się tego, co w psychologii nazywa się projekcją - (od łac. proiectio – wyciągnięcie, wyrzucenie z siebie) – w wąskim rozumieniu jest to jeden z mechanizmów obronnych, polegający na tym, że własne niemożliwe do zaakaceptowania myśli i impulsy przypisujemy światu zewnętrznemu.
Termin ten znany jest także w psychoanalizie, gdzie oznacza jeden z mechanizmów obronnych Ego, polegający na przypisywaniu innym ludziom własnych negatywnych uczuć, cech lub motywów postępowania, które zostały wyparte do podświadomości, ponieważ budziły lęk bądź też z innych względów nie mogły być przez jednostkę zaakceptowane; wg założeń psychoanalizy treści wyparte ze świadomości funkcjonują dalej w podświadomych warstwach osobowości; w przypadku projekcji ujawniają się one w postaci nadmiernego uwrażliwienia na dostrzeganie nie akceptowanych u siebie cech w zachowaniu innych osób, prowadząc do nieadekwatnej interpretacji tych zachowań.

Trudne?

No to może uproszczę - skoro dzieci nie są dla mnie obiektem seksualnym, zatem na żadnym etapie mojego rozumowania /niekoniecznie wyrażonego werbalnie/ nie będę ich postrzegał jako wiodących mnie na pokuszenie. Nawet jeśli takie dzieci będą do mnie lgnąć i szukać miłości, to nie będę ich w ten sposób postrzegał, bo nie jest to zgodne z moimi preferencjami seksualnymi /w odróżnieniu od roznegliżowanych pań o ponętnych kształtach np. :P/. A zatem podobne rozumowanie, jak w przypadku abp Michalika, akurat mnie nie grozi, bo podobny ciąg myślowy w moim przypadku po prostu nie będzie miał miejsca.
W świetle tego co napisałem, tłumaczenia tej wypowiedzi "nieporozumieniem", "lapsusem językowym", czy też głupotą, to dla mnie po prostu zwykła lipa.
Chodzi o coś innego, z czego abp Michalik szybko zdał sobie sprawę, stąd jego niezwłoczne przeprosiny. Ale zupa już się wylała i trudno jest cofnąć coś, co się na gorąco powiedziało dlatego, bo jest to zgodne z własnym widzimisię.

Jak w tej sytuacji widzę dalszą "walkę" KK z pedofilią? 
Pisząc "walkę" celowo użyłem cudzysłowu, bo wg mnie KK jak na razie zamiast rzeczywistej walki wykonuje jedynie tzw. "ruchy pozorowane", które z prawdziwą walką z pedofilią mają niewiele wspólnego. W praktyce nadal wygląda to tak, że duchowni, którzy dopuszczają się czynów pedofilskich otaczani są przez zwierzchników KK dyskretną ochroną, a ich nieszczęsne ofiary zostają pozostawione same sobie.
Ta polityka musi wreszcie ulec zmianie, inaczej KK w szybkim tempie stanie się w oczach opinii publicznej paraprzytułkiem dla pedofilów w sutannach i chroniących ich kościelnych dostojników, mających na ustach nieustanny slogan "walki z pedofilią".
Tymczasem, po pierwsze, jak kiedyś napisałem jeszcze na Forum Smurffa, Watykan powinien upaść przed wiernymi na kolana i pokajać się za te wszystkie lata, kiedy wokół pedofilskich wybryków duchownych panowała zmowa milczenia. 
Po drugie, wszyscy duchowni winni przestępstwa pedofilii muszą zostać przez KK napiętnowani i bardzo szybko wykluczeni poza nawias KK. 
Po trzecie, wszystkie ofiary pedofilskich wybryków dokonanych przez duchownych muszą zostać objęte przez KK opieką i ochroną, z zadośćuczynieniem doznanych krzywd. 
I wreszcie po czwarte, wszyscy kandydaci na duchownych powinni przejść stosowne testy, które jeśli będą wskazywać ewentualne skłonności pedofilskie, to wówczas taki wynik  powinien automatycznie eliminować danego adepta z dalszej posługi duszpasterskiej.
Tylko takie szczere działania pozwolą oczyścić KK z podejrzenia cichego sprzyjania pedofilii.
Czy obecnie dostrzegam takie działania wśród hierarchów KK?

Nie. 
Absolutnie nie.

Dlatego najbliższą przyszłość KK widzę raczej w ciemnych barwach.
Jest takie powiedzenie "jak nawarzyłeś piwa, to teraz je wypij".
Najwidoczniej zwierzchnicy KK jak na razie nie mają  zamiaru wypić piwa, które sami nawarzyli.
Sęk w tym, że dopóki go nie wypiją, będzie im się to piwo odbijać coraz bardziej męczącą ich czkawką...


wtorek, 17 września 2013

Cena sławy, czyli trzy historie rzucone na żer ciekawskiej gawiedzi.

Nie tak dawno pisałem, że wszystko jest na sprzedaż.
Dziś wrócę do tego tematu opisując trzy różne związki damsko-męskie i medialny cyrk, jaki się zaczął na tym tle.

1. Przypadek Maćka Stuhra, czyli znany aktor kontra "ludzkie wszy".

W sumie dość banalny przypadek w obecnych czasach.
On sławny i bogaty, oboje młodzi, piękni i... zaszczuci przez media.
Wystarczy rzucić okiem na tytuły w "Pudelku", aby przyzwoitym ludziom zaczęło się zbierać na wymioty. Ciekaw jestem kto tym parszywcom wydał zgodę, aby się w tym wszystkim babrać? A jednak ciekawska gawiedź łyka te wszystkie "gorące niusy" jak świeże bułeczki. Dlatego ten temat jest wciąż rozdmuchiwany niczym balon. A dziennikarskie hieny, czyli "ludzkie wszy", jak ich opisał młody Stuhr w wywiadzie dla "Newsweeka", mają dzięki temu nieustający zbyt na swoje wypociny.
Przy okazji popularny aktor też się nieźle wygłupił wypłakując swoje żale prosto w ramiona tygodnika, którego wydawcą jest Rignier Axel Springer, czyli wydawca również znęcającego się nad nim "Faktu"... 
Dzięki temu cała ta sytuacja z udzielonym wywiadem przypomina mi psa, który goni za własnym ogonem.
I w ten oto banalny sposób mamy dość ciekawy przypadek tragifarsy z życia wziętej.

2. Przypadek Weroniki Rosati, czyli zemsta podstarzałego amanta.

W tym wypadku fabuła jest o wiele bardziej intrygująca. 
Ba! Zaryzykowałbym nawet teorię, że jest to historia wprost stworzona pod doskonały scenariusz filmowy. Kto wie, może nawet sam Żuławski taki film kiedyś wyreżyseruje, natomiast Weronika Rosati zagra samą siebie? W środowisku artystów nigdy nic nie wiadomo ;)
W rozpatrywanym przypadku oboje są sławni i bogaci, ona piękna i młoda, ale on stary. 
Przez jakiś czas byli razem, ale podstarzały amant wreszcie dostał od niej kosza i poszedł w odstawkę. 
Jego zemsta była bolesna i bardzo wyrafinowana: otóż niebawem napisał książkę, gdzie kobieta jest ewidentną antybohaterką, co się z miejsca daje wyczuć, ale on temu oficjalnie zaprzecza twierdząc, że cała książka jest fikcją literacką. 
Ciekawy przypadek, prawda? 
Jak można udowodnić, że kobieta z książki, to prawdziwa kobieta z krwi i kości, a nie postać fikcyjna, zrodzona w umyśle autora, co sugeruje też jego obrońca? 
W. Rosati nie ma złudzeń, oddaje sprawę do sądu, ten wydaje pierwszy werdykt po jej myśli, ale czy ostatecznie podzieli jej punkt widzenia? 
Wbrew opinii Magdaleny Żakowskiej mam co do tego poważne wątpliwości.
W tzw. międzyczasie zakazana książka rzucona na żer ciekawskiej gawiedzi podobno robi furorę na rynku czytelniczym.

3. Przypadek Kamili Łapickiej, czyli... jeszcze może czy już nie może?

Hmm... historia dosyć smutna. 
Ona młoda, on stary i sławny. Lecz nie dane im było być długo razem, gdyż on niedawno zszedł był z tego padołu zostawiając ją smutną, samotną i w dodatku... pozbawioną spadku /bo pod koniec życia zapisał spadek dla córki/.
Ale "nic to Baśka" /jak niegdyś mawiał ekranowy towarzysz zmarłego aktora/ - wszak młoda wdowa może jeszcze zasilić swoje skromne konto pisząc książkę o swoim zmarłym mężu i rzucając ją na żer ciekawskiej gawiedzi... 
O czym konkretnie będzie ta książka? A któż to może wiedzieć?
Biorąc pod uwagę ciekawską gawiedź, chyba największym zainteresowaniem będzie się cieszyć aspekt, czy szanowny małżonek będąc już przecież w podeszłym wieku jeszcze mógł, czy już nie za bardzo... obawiam się, że jeśli szanowna wdowa nie wyjaśni dostatecznie wnikliwie tej kwestii i przyszła książka będzie traktowała jedynie o teatrze, to niestety nie wróżę jej wielkiej popularności... bo przecież nie tego obecnie masowy czytelnik oczekuje...

Jakie wnioski wypływają z tych trzech historii?
Niestety ponure - dzisiejsze media stają się coraz bardziej plotkarskie. 
Dzieje się tak, gdyż coraz poważniejszym segmentem rynku staje się owa ciekawska gawiedź, którą najbardziej interesują rozmaite skandale obyczajowe, najlepiej na tle erotyczno-seksualnym. Ciekawska gawiedź kupuje takie historie na pniu, a im bardziej są pieprzne, tym lepiej się sprzedają.
A że znanym ludziom zagląda się przy okazji bezceremonialnie w majtki? A kogóż to obchodzi? Ciekawska gawiedź w odpowiedzi na ten zarzut co najwyżej beznamiętnie wzruszy ramionami, mówiąc:
- no cóż, taka jest cena sławy...


środa, 5 czerwca 2013

Witaj Wielki Bracie.

Ze zdumieniem przeczytałem, że słynny polski pianista, Krystian Zimerman przerwał niedawno swój koncert w Niemczech, protestując w ten sposób przeciwko nielegalnemu filmowaniu swojego występu przez jednego z widzów, który używał do tego celu smartfonu. 
Okazało się, że maestro przerwał swój występ, bo nie znosi... filmów z zarejestrowanymi koncertami, umieszczonymi na YouTube. Słynny muzyk powiedział wręcz, że "YouTube ogromnie niszczy muzykę".

Czy faktycznie niszczy? Nie wydaje mi się. 
Lubię YouTube i chętnie z niego korzystam. Ale koncertów fortepianowych Zimermana zdecydowanie wolałbym słuchać na żywo.
Co więcej - wydaje mi się, że dla wszystkich koneserów słuchania koncertów fortepianowych jest to oczywiste.

Nie da się ukryć, że obecnie przyszło nam żyć w czasach powszechnego dostępu do urządzeń mających możliwość zapisu wszystkiego, co się dzieje wokół w postaci cyfrowych filmów z równoległym zapisem ścieżek audio i wideo. Taką możliwość mają obecnie nie tylko coraz mniejsze i tańsze, a przez to coraz bardziej powszechne cyfrowe kamery wideo, ale także szereg innych, coraz bardziej powszechnych urządzeń, jak ultrabooki, tablety, rozmaite wyświetlacze, telefony komórkowe, smartfony, itp. urządzenia.
Wszystkie te "elektroniczne cudeńka" sprawiają, że możliwość filmowania stała się powszechnie dostępna praktycznie dla ogółu społeczeństwa. Ludzie na ogół chętnie z tego korzystają rejestrując wokół siebie wszystko to, co ich zdaniem warte jest uwiecznienia i co później może być zapisane w postaci filmów wideo w nieulotnej pamięci swoich elektronicznych gadżetów.

W związku z powyższym coraz bardziej aktualne staje się pytanie, czy ta możliwość powszechnego filmowania stanowi przekleństwo, czy może raczej błogosławieństwo naszych czasów? 

Myślę, że jak zwykle diabeł tkwi w szczegółach, czyli w tym wypadku znajdzie się wiele okoliczności przemawiających ZA i zapewne równie wiele przemawiających PRZECIW.
To, co mi przychodzi w tej chwili do głowy - ZA przemawiać będzie możliwość zarejestrowania wszystkich wydarzeń będących później przedmiotem dochodzenia przez organy ścigania, a także takich niecodziennych zdarzeń jak wypadki losowe, pożary, trąby powietrzne itp. Jeśli dzięki filmom można coś zareklamować/pokazać zainteresowanym ludziom, to rzecz jasna takie coś także przemawia ZA.
PRZECIW zaś przemawiać będzie wspomniany wcześniej przypadek nielegalnej rejestracji koncertów i widowisk oraz - z czego na ogół nie zdajemy sobie sprawy - coraz bardziej powszechna obecność kamer zamontowanych nie tylko na ulicach miast, ale także we wszystkich większych zakładach pracy, instytucjach oraz budynkach użyteczności publicznej, jak banki, dworce czy urzędy.
A więc czy tego chcemy, czy nie, wszyscy jesteśmy permanentnie podglądani. 
Czyli krok po kroku spełnia się wizja Orwella przedstawiona ponad pół wieku temu w "Roku 1984", kiedy to oko Wielkiego Brata śledziło wszystko i wszystkich.  Nie dziwi więc, że "w tych okolicznościach przyrody" można już całkiem śmiało wypowiedzieć sentencję zawartą w tytule tego posta, a więc:

- Witaj Wielki Bracie...

Jak już wcześniej napisałem, reakcja Zimermana mocno mnie zaskoczyła.
No bo czego nasz słynny pianista się obawia? Nagrania koncertu dokonanego smartfonem i potem zamieszczonego na YT? Takie coś ma zniechęcić wielbicieli do słuchania na żywo koncertów fortepianowych lub zakupu płyt? Pusty śmiech mnie ogarnia, bo dobrze wiem jaka jest różnica w odsłuchu dźwięku zarejestrowanego na koncertach za pomocą profesjonalnego sprzętu w porównaniu do amatorskich cyfrowych gadżetów. To trochę tak, jakby porównać pierwsze samoloty skonstruowane na początku XX w. przez braci Wright ze współczesnymi myśliwcami wielozadaniowymi. Wprawdzie jedno i drugie potrafi unosić się w powietrzu, ale chyba tylko ta jedna rzecz łączy te samoloty, zaś wszystko inne dzieli...
Ergo - żaden szanujący się audiofil, wielbiciel słuchania na żywo koncertów fortepianowych prawdopodobnie nawet nie otwiera filmów z zapisem takich koncertów zamieszczonych na YT, bo doskonale zdaje sobie sprawę, że takie nagranie nie jest przeznaczone dla jego uszu. 
A Krystian Zimerman powinien o tym wiedzieć i nie robić niepotrzebnego szumu z powodu jednego włączonego smartfonu. 

Poza tym, moim zdaniem takie demonstracyjne wyjście z koncertu niczego nie zmieni. To jest jak walka z wiatrakami - sprzętu rejestrującego jest obecnie tyle, że nie sposób skutecznie zastopować wszystkich ludzi dokonujących pirackich nagrań za pomocą swoich elektronicznych gadżetów. Tutaj żadne zakazy nic nie pomogą. 
Będąc na grobie Jima Morrisona jeszcze w 1995 roku w paryskim Pere-Lachaise usłyszałem, że jest tam zakaz używania kamer wideo. Pomimo obecności strażników, którzy starali się wyegzekwować ten zakaz, prawie wszyscy posiadacze kamer próbowali zrobić z nich użytek i jak się później okazało - większości udało się nakręcić film z tego miejsca. A metoda była całkiem prosta - gdy jeden zwiedzający próbował kręcić film i strażnicy zwracali mu uwagę na istniejący zakaz, inni w tym samym czasie kręcili swoje filmy bez żadnych przeszkód, bo strażników było - o ile pamiętam - tylko dwóch, a chętnych do nakręcenia filmu z grobu słynnego rockmana - o wiele więcej... 
Słowem: "siła złego na jednego".
Słyszałem, że obecnie nie ma tam już zakazu kręcenia filmów wideo - najwidoczniej po pewnym czasie decydenci zrozumieli, że taki zakaz i tak w efekcie nic nie da.

Teraz inny przykład - swego czasu czytałem wspomnienia znanego polskiego fotoreportera z jego pobytu w Chinach. Chińczykom wcale nie zależało na tym, aby robił zdjęcia jakie chce i gdzie chce, a ponieważ od początku zdawali sobie sprawę z jego profesji, więc już od pierwszego dnia pobytu został poinformowany, że na wykonanie jakichkolwiek zdjęć musi mieć oficjalną zgodę tamtejszych władz. 
Jak pisze, poradził sobie w ten sposób, że aparat nosił zawsze odkryty na piersi, a spust migawki uruchamiał za pomocą wężyka, którego koniec miał ukryty w kieszeniach spodni... z chińskiego zakazu nic sobie nie robił, bo dobrze wiedział, że te jego "pirackie" zdjęcia po powrocie do Europy staną się hitem... i tak właśnie było.

Jaki wynika z tego wniosek?
Możliwość filmowania wszystkiego przez wszystkich jest dziś powszechnym zjawiskiem naszych czasów.
I nie ma co z tym walczyć, ani się na to oburzać, bo w gruncie rzeczy jest to nieuchronne. 
Biorąc to wszystko pod uwagę, Krystian Zimerman wiele by zyskał w moich oczach, gdyby zamiast pochopnie przerywać koncert powiedział do owego niesfornego użytkownika smartfona coś w tym rodzaju:
- mam nadzieję, że po powrocie do domu i wysłuchaniu tego pańskiego nagrania usłyszy pan różnicę; 
jeśli tak, wtedy z pewnością pan  zrozumie, że pański wysiłek okazał się bezcelowy; 
jeśli nie - obawiam się, że w takim przypadku pański pobyt tutaj okazał się równie bezcelowy, co próba zarejestrowania mojego koncertu, a więc zamiast kupowania biletów na kolejne koncerty, radziłbym panu ograniczyć się do oglądania filmów zamieszczonych na YT z koncertów fortepianowych wykonanych za pomocą sprzętu tej klasy, jaki pan obecnie posiada...


środa, 10 kwietnia 2013

Trzecia rocznica katastrofy smoleńskiej.


To był ładny, bardzo słoneczny sobotni poranek. Właśnie zabieraliśmy się za konsumpcję rodzinnego śniadania, gdy nagle zadzwonił telefon...
- Słyszeliście już? Pod Smoleńskiem właśnie rozbił się samolot rządowy... włączcie TV...
Włączyliśmy... pokazywali jakieś zabagnione miejsce, gdzie uwijali się strażacy... gasili jakieś dymiące szczątki czegoś, co bynajmniej nie przypominało już samolotu...
A godzinę potem była transmisja uroczystości rocznicowych w Katyniu... pamiętam widok pustych krzeseł na których miała zasiadać polska delegacja... widok tych pustych krzeseł bardziej do mnie przemawiał niż sklecane wówczas naprędce z powodu katastrofy mowy okolicznościowe...

Właśnie mija trzecia rocznica katastrofy smoleńskiej - najbardziej tragicznego wydarzenia w dziejach III Rzeczpospolitej.

Ta katastrofa poruszyła chyba wszystkich Polaków. Zginęło 96 osób piastujących najwyższe funkcje państwowe, w tym Prezydent RP wraz z małżonką.
Oczywiście mną także to wstrząsnęło. Wiosną 2010 r. napisałem trzy posty poświęcone katastrofie smoleńskiej. Ostatni z nich pt. "Tajemnicze ostatnie sekundy lotu Tu-154M", napisany 2 czerwca 2010 r. kończył się słowami "Chyba nie muszę dodawać, że z najwyższą uwagą będę śledził dalsze postępy śledztwa w tej sprawie.".
Słowa dotrzymałem i z uwagą śledziłem dalsze postępy śledztwa w tej sprawie. O ile to w ogóle można nazwać "postępami śledztwa", a nie np. "zamulaniem tematu smoleńskiej katastrofy". Bo w mojej ocenie temat katastrofy smoleńskiej nadal spowija smoleńska mgła, przez którą trudno się przebić.

Gdy mnie ktoś dziś zapyta, trzy lata po katastrofie, co tam miało miejsce, zgodnie z prawdą odpowiem krótko: "nie wiem".

Bo faktycznie nie wiem. Nie wiem co się tam zdarzyło. Minęło trzy lata a ja wiem mniej więcej tyle samo, co wówczas, gdy pisałem ten ww. post o tajemniczych ostatnich sekundach lotu Tupolewa. Ktoś zapyta "Jak to? Trzy lata minęły, a ty niczego nowego się nie dowiedziałeś? I ty mówisz, że z uwagą śledzisz toczące się śledztwo?".  

Paradoks polega na tym, że śledzę wszystko z uwagą, ale nie mam pewności, co jest prawdą, a co za taką prawdę jest tylko uznawane, ale wcale prawdą nie jest. Nie znam faktów i nie potrafię samodzielnie oddzielić prawdy od fikcji. Lecz mam wrażenie, że fikcji na temat katastrofy smoleńskiej jest coraz więcej.

Pozornie sprawa wygląda prosto. Leciał samolot, który chciał lądować w stosunkowo gęstej mgle, zdany tylko na doświadczenie pilotów, bez wsparcia nowoczesnej techniki, gdyż akurat to lotnisko było tej techniki pozbawione /myślę tutaj przede wszystkim o systemie ILS umożliwiającym automatyczne naprowadzanie lądującej maszyny na właściwy pas lotniska/. Piloci popełnili błąd, lecieli zbyt nisko, zahaczyli o przeszkody terenowe i w efekcie samolot się rozbił. Wszyscy zginęli.
Takie są w pewnym uproszczeniu ustalenia dwóch komisji badających przyczynę katastrofy. Na pozór wszystko jest proste i logiczne. Na pozór, bo w tej sprawie jest mnóstwo rzeczy nie całkiem jasnych lub zupełnie niewyjaśnionych.
Wymienię tylko niektóre z nich.

1. Nie jest dokładanie wyjaśniona trajektoria lotu maszyny /od momentu zahaczenia o pierwsze przeszkody terenowe, aż do momentu jej rozbicia/. Dlaczego nie ma bruzdy w ziemi w miejscu, gdzie maszyna z ogromnym impetem musiała uderzyć w ziemię? A propos...pamiętacie wzór na energię kinetyczną? Dla zapominalskich przypomnę - masa razy prędkość podniesiona do kwadratu i wszystko to podzielone przez dwa, gdzie masa to ca 80 ton, a prędkość - ca 300 km/godz. - daje to w efekcie ogromną energię, zgodnie z ww. wzorem. W tym miejscu napomnę też, że ziemia w tym miejscu była bagnista i niezmrożona, a więc miękka. Nie wiadomo w jaki sposób leciała maszyna i gdzie dokładnie rąbnęła w ziemię, nie wiadomo też czy spadła przodem, bokiem czy tyłem, dołem czy górą. W dodatku prawie wszystkie połamane wyższe drzewa i krzewy, które rzekomo były w torze lotu maszyny, Rosjanie dość szybko usunęli.

2. Nieznane są przyczyny dużej defragmentacji maszyny oraz ofiar katastrofy na stosunkowo dużym obszarze; przyznam, że bardziej mi to wygląda na rozpad w powietrzu niż na wbicie się w ziemię, bo wówczas albo wszystko powinno być gruntownie zbite, wręcz sprasowane /w przypadku uderzenia w ziemię pod dużym kątem/ i dodatkowo powtykane w ziemię w jednym miejscu /co byłoby właśnie efektem dużej energii początkowej/, albo też odkształcone, pogięte i pogniecione, ale nie w aż tylu kawałkach /w przypadku uderzenia w ziemię pod małym, kątem i dalszego lotu ślizgowego po powierzchni terenu, aż do całkowitego wytracenia prędkości wskutek tarcia o podłoże i obijania wraku o przeszkody terenowe/, Tymczasem w tym wypadku brak jest bruzdy w ziemi, co by świadczyło o locie ślizgowym po powierzchni terenu, ale to z kolei budzi wątpliwości z uwagi na duży stopień defragmentacji maszyny. Nasuwa się wobec tego dość oczywiste pytanie - o co uderzyła maszyna, że aż do tego stopnia się rozpadła?

3. Powraca pytanie, które zadałem już w tamtym, ww. poście - skoro piloci zamierzali odlecieć na drugi krąg, a nie lądować /co potwierdza zapis rozmów prowadzonych w kokpicie/, zatem dlaczego dalej zniżali lot? I dlaczego mieliby tylko korzystać z radiowysokościomierza, a nie z wysokościomierza barometrycznego skoro wiedzieli o głębokim wąwozie przed lotniskiem? /co także potwierdza zapis rozmów prowadzonych w kokpicie/. Jestem kierowcą i takie zachowanie przypomina mi próbę zmiany pasa ruchu bez wcześniejszego zerknięcia w lusterko boczne... owszem, są jeszcze marni kierowcy, którzy nie patrzą w lusterko, ale przecież to nie byli byle jacy kierowcy... to byli piloci - i to jedni z najlepszych. Czy tacy ludzie mogliby aż tak pokpić sprawę?

4. Nie jest wyjaśnione skąd pochodzą strzały począwszy od 57 sekundy słynnego już filmu zamieszczonego na YT, nazwanego umownie "1,24". Mówiło się, że strzały mogą pochodzić z broni służbowej funkcjonariuszy BOR, ale broń znaleziono razem z kompletem naboi... Ktoś próbował później tłumaczyć, że to nie strzały, tylko trzask palącego się drewna... ale zbyt długo siedziałem w wojsku, a także przy rozmaitych ogniskach, aby nie umieć rozróżnić trzasku palącego się drewna od wyraźnych strzałów...

Niestety, decyzja aby powierzyć prowadzenie śledztwa Rosjanom przyniosła opłakane skutki... skandalicznie prowadzona identyfikacja zwłok powoduje teraz konieczność ekshumacji... swoją drogą nie rozumiem czemu od razu nie wprowadzono banku kodów DNA wszystkich ofiar katastrofy, aby na tej podstawie identyfikować wszystkie szczątki... z pewnością oszczędziłoby to wielu okropnych przeżyć rodzinom ofiar, a oprócz tego, oszczędziłoby tym ludziom nerwów... ktoś może powiedzieć, że to by trwało i niosło za sobą duże koszty, ale ja od razu zapytam - a ta seria ekshumacji obecnie, to nie pociąga za sobą kosztów? Gdyby od początku robiono testy DNA wtedy przynajmniej rodziny miałyby pewność, że w grobach są ich bliscy; teraz nie mają tej pewności...
Brak faktycznego laboratoryjnego badania szczątków Tupolewa oraz ofiar katastrofy i to zarówno przez Rosjan, jak i członków ekipy rządowej pominę, bo to jest zupełnie skandaliczna sprawa. Niestety, podobnie nieudolne śledztwo prowadzi obecnie prokuratura, która nawet nie potrafi dokonać prawidłowego pomiaru wysokości brzozy, w którą rzekomo miał uderzyć rządowy Tupolew.

W dodatku katastrofę od początku spowija mglista i ponura aura tajemniczych zdarzeń, wypadków i dziwnych różnorakich przypadków... Rosjanie przekazują nam pierwotnie elektroniczne kopie czarnych skrzynek, ale nie ma na tych kopiach zarejestrowanych ostatnich sekund lotu i trzeba po to jechać do Moskwy ponownie...z kolei oryginały czarnych skrzynek i wrak Tupolewa cały czas są przetrzymywane w Rosji... cały też czas zachodzą w naszym kraju dziwne samobójstwa, a dziennikarz który pisze, że stwierdzono ślady materiałów wybuchowych na wraku Tupolewa, niemal natychmiast traci pracę, prokuratura od razu to dementuje, a jakiś czas później przyznaje, że faktycznie, coś takiego we wstępnych badaniach stwierdzono... 
Słowem, scenariusz jak z ponurych filmów sensacyjnych...

Czy kiedyś te wszystkie tajemnice zostaną wyjaśnione?
Raczej w to wątpię... myślę, że katastrofa smoleńska już na zawsze zostanie owiana tą mgłą tajemnicy... 
Jak widać tajemnicza smoleńska mgła bardzo mocno przylgnęła do wraku Tupolewa i już nie zamierza go opuścić...

Tylko jedno pozostaje faktem bezspornym - to, że w katastrofie zginęło 96 osób - ludzi wybitnych i nietuzinkowych, naszych Rodaków, którzy chcieli oddać hołd innym naszym Rodakom zamordowanym przez NKWD w lesie pod Katyniem 73 lata temu...

Cześć Ich pamięci...


czwartek, 4 kwietnia 2013

Czekając na wiosnę.




No i proszę. Miała być wiosna, a zamiast tego wciąż u nas króluje zima.
Widzieliście kiedyś coś takiego? Cuda jakieś. 
Może to początek apokalipsy?

Dopóki był marzec, byłem spokojny. W marcu mrozy i śniegi zdarzały się już nieraz od kiedy pamiętam. Na tyle często, że zdążyłem się do tego przyzwyczaić. Ale marzec już minął, a zima nadal trzyma się mocno. Na tyle mocno, że dziś rano po raz kolejny musiałem odśnieżać samochód. Był cały biały i śnieg wcale nie chciał łatwo schodzić. Jak zwykle ostatnio, musiałem skrobać szyby.

Czy to jakaś kara, że wiosna nie chce przyjść? 
A może natura chce nam wszystkim naocznie uświadomić, że ten cały efekt cieplarniany to jedna wielka lipa? Swoją drogą entuzjaści owego "efektu cieplarnianego" jakoś ostatnio przycichli... czyżby zaszyli się w swoich kryjówkach w oczekiwaniu na letnie upały i dopiero wtedy zaczną ponownie alarmować o globalnym podwyższeniu temperatury na naszej planecie? 
No, a co z tą przedłużającą się zimą? 
Wyjątek potwierdzający regułę?
A jak będziemy mieli w tym roku chłodne lato, to będzie kolejny wyjątek?

Nie za dużo tych wyjątków? A może faktycznie /o czym mówi znaczna część ludzi, w tym także naukowców światowego formatu/, celowo robi się nas w bambuko i te wszystkie opłaty pobierane od ciepłowni, rzekomo "na walkę z efektem cieplarnianym", to ewidentne bzdury głoszone tylko po to, aby wyciągnąć od nas, oprócz podatków, dodatkowe pieniądze ? Bo nie łudźmy się - i tak za wszystko płacimy my, a nie elektrownie i ciepłownie, które po to zatrudniają sztaby księgowych i ekonomistów wszelkiej maści, aby w łatwy sposób wyciągnąć od ludzi pieniądze na pokrycie wszystkich swoich dodatkowych kosztów.

Przyznaję, że trochę jestem tym wszystkim zatrwożony.
Boję się, że wiosna zgubiła drogę i prędko do nas nie przyjdzie.
Boję się, że będę musiał przez cały rok skrobać szyby w samochodzie.
Boję się, że jakiś idiota naciśnie w Północnej Korei jakiś guzik i wybuchnie wojna atomowa... czy ma to jakiś związek z tą przedłużającą się zimą? 
A któż to wie, może Północnym Koreańczykom ta długa zima też dała się we znaki i dlatego teraz wojną straszą?

A póki co, każdego ranka w trakcie skrobania szyb nasłuchuję, czy aby czasem nie słychać wiosennych treli ptaków... i dzisiejszego ranka zdaje się, że udało mi się usłyszeć coś takiego... wieczorami zaś słucham sobie "Wiosny" Vivaldiego... wiem, że to tylko namiastka prawdziwej wiosny, ale słuchając tej muzycznej wiosny jakoś łatwiej mi uwierzyć, że ta prawdziwa też już jest gdzieś blisko...


środa, 13 marca 2013

Samotni w Himalajach.


Nadzieja zgasła. Nie powtórzą się niezwykłe ucieczki z strefy śmierci takie jak Andrzeja Czoka z Noszaka czy Wojtka Kurtyki z lśniącej ściany Gasherbruma IV. Zawsze zazdrościłem moim rodzicom, że w latach ‘80 mogli przeżywać największe sukcesy Polskiego Himalaizmu. Mogli niecierpliwie czekać na wieść o zdobyciu kolejnego szczytu czy pokonania kolejnej drogi, która wykraczała poza granice ludzkiej wyobraźni. Mogli cieszyć się z sukcesów i podziwiać niezwykłe wyczyny w Himalajach i Karakorum. Mogli oglądać w telewizji i czytać w gazetach relacje pełne niezwykłych słów, o ogromnych przestrzeniach, gdzie osiągnięcie szczytu było wspaniałe, a bliskość nieba była przerażająca. Moje marzenie się spełniło. We wtorek byliśmy świadkami nadludzkiego wyczynu, które miało zakończyć się inaczej... Co ostatecznie przesądziło, że dwóch rodaków pozostało na zawsze na Broad Peak? Nie dowiemy się nigdy. Góry milczą, a wszystko co milczy nadaje się do przechowania ludzkich tajemnic. 

To właśnie pragnienie życia, marzenia i niewytłumaczalna miłość zaprowadziła ich tak wysoko. Igrając na krawędzi życia i śmierci, znaleźli tam – wolność, potrzebną jak chleb. Wielu z nas tego nie zrozumie, bo tracąc góry tracimy coś z swojego człowieczeństwa. To one uczą nas, że w życiu najpiękniejsze rzeczy mamy za darmo. Dzięki im możemy zrozumieć, że na co dzień żyjemy tak nienaturalnie, tak schematycznie i czas upływa nam pomiędzy palcami i często zostajemy z niczym. Bez marzeń, pragnień czy uczuć. Dotyka nas pustka. To właśnie góry najlepiej uczą, że nie wszystko na tym świecie da się racjonalnie wytłumaczyć.

Nie szukajmy przyczyn tej tragedii i nie osądzajmy nikogo. Doskonale ich rozumiem i jestem pewien, że nigdy nie poddaliby mając wymarzony szczyt na wyciągnięcie ręki. W górach najbardziej niezwykłe, nie jest osiągnięcie szczytu tylko sama droga na niego. Pozwólmy im w spokoju wspinać się po niebiańskich Himalajach i pamiętajmy o nich jako o Zwycięzcach. Którzy z ogromną pasją dokonali rzeczy, które dla wielu nie mieszczą się w granicach wyobraźni. Bądźmy dumni.

Na takie chwile najlepiej nadają się książki. W jednej z nich znalazłem piękne słowa syna Jerzego Kukuczki – Wojtka. 

„Imponuje mi to – mieć taką pasję i poczucie sensu tego, co się robi, żeby stawiać na szali własne życie. Moim zdaniem to największe poświęcenie, bo nie ma nic cenniejszego niż własne życie.” 

Taki pełen refleksji post napisał jeden z internautów /o nicku "kiju"/ na łamach forum Onetu, pod jednym z artykułów informujących, że dwóch polskich alpinistów - Maciej Berbeka i Tomasz Kowalski - zostało uznanych za zmarłych zaraz po tym jak dokonali pierwszego zimowego wejścia na szczyt Broad Peak w Himalajach. Poza ww. dwójką pierwszego zimowego wejścia dokonali również dwaj inni polscy alpiniści - Adam Bielecki i Artur Małek, którym po udanym ataku szczytowym udało się zejść bezpiecznie do bazy. Spodobały mi się te słowa "kija", bo moim zdaniem kryje się w nich wiele prawdy nt. gór.

Wiadomość o uznaniu wspomnianej dwójki naszych alpinistów za zmarłych wywołała we mnie mieszane uczucia. Z jednej strony jestem pełen podziwu dla dokonań ludzi, którzy wspinają się na niedostępne dla innych ośnieżone górskie szczyty często ryzykując przy tym własnym zdrowiem i życiem. Nie wątpię, że zimowe zdobycie szczytu położonego przeszło 8 km nad poziomem morza to wielkie osiągnięcie. Czy jednak warto dla takiego sukcesu poświęcić własne życie? Nie wiem, ale chyba nie to miał Stachura na myśli gdy śpiewał te słowa...


Inna rzecz w tej sprawie jeszcze bardziej skłania mnie do refleksji - wiadomo, że wyszło czterech, ale wróciło tylko dwóch... wiadomo też, że każdy z nich wracał osobno...

Nie mam żadnego doświadczenia w zdobywaniu himalajskich szczytów. 
Może faktycznie oddzielne zejście każdego alpinisty po wyczerpującym ataku na wysoko położony szczyt to najlepszy sposób na przeżycie - w myśl zasady "radź sobie sam kolego, ja ci nie pomogę, bo wtedy obaj zginiemy". Być może właśnie tak jest... ale dla mnie jest w tym także coś nieludzkiego, coś, co wywołuje mój głęboki sprzeciw - no bo skoro wychodzą razem, a nie w pojedynkę, to dlaczego w pojedynkę wracają? 
A może już od samego początku wyruszyli razem, ale z wcześniejszym założeniem, że każdy z nich idzie na własną rękę i w czasie zejścia radzi sobie sam? Niewiele jest w mediach informacji na ten temat, a szkoda, bo akurat ten temat mocno mnie interesuje - dlaczego po udanym ataku na szczyt schodzili samotnie?

Nie wiem i pewnie się już tego nie dowiem, czy dwójka alpinistów, której udało się przeżyć, czuje się w jakiś sposób odpowiedzialna za śmierć swoich kolegów, czy też absolutnie nie, bo pojedyncze zejście ze szczytu było już wcześniej ustalone. Może w ogóle nie ma sprawy, bo wysoko w górach można liczyć tylko na siebie, a kto tego nie wie, ten kiep i całkowity dyletant.
W porządku, ale wolę w tym wypadku być dyletantem, niż egoistą, który myśli tylko o własnym przetrwaniu. Wiem jedno - nie chciałbym umierać samotnie w górach, a tym bardziej wysoko w Himalajach. A Maciej Berbeka i Tomasz Kowalski umierali samotnie. I mieli tego świadomość.

Niedawno przeczytałem, że Jacek Berbeka, brat Macieja chce zorganizować latem wyprawę na Broad Peak po to, aby odnaleźć ciała obu alpinistów i godnie ich pochować. Myślę, że to dobry pomysł. Nasi alpiniści zasłużyli sobie na godny pochówek. Ich ciała znajdą wieczny odpoczynek w otoczeniu gór, które ukochali za życia.

"Jutro ruszamy w góry. Kolejna, ale naprawdę wyjątkowa wyprawa życia. Trzymajcie kciuki,bo jest okazja napisać kolejny rozdział historii himalaizmu.  Ale by było..." napisał Tomek Kowalski na swoim blogu. 
Tomek rzeczywiście dopisał kolejny rozdział, ale dla niego był to już rozdział ostatni. 
O czym myślał, gdy samotnie umierał pod szczytem Broad Peak? 
Czy miał wówczas świadomość, że dopisuje ostatni, tragiczny rozdział do historii swego życia? Czy żałował, że właśnie tak się to kończy? A może wcale tego nie żałował... może samotna śmierć w Himalajach jest tym, o czym marzy każdy prawdziwy himalaista?


wtorek, 30 października 2012

Pomiędzy wiecznościami.


Wieczność za nami
Wieczność przed nami
A my na krótką chwilę 
Pomiędzy wiecznościami

... Taką właśnie sentencję znalazłem niedawno na jakimś grobie znajdującym się na jednym ze starych cmentarzy. 
Zapamiętałem ten napis, gdyż ta krótka strofa oddaje gorzką prawdę o naszym krótkim życiu. 
Mając na uwadze wiek Wszechświata żyjemy przez krótką chwilę nie zdając sobie sprawy ani z tego, co nas stworzyło, ani co nastąpi po nas. Ot, rodzimy się, żyjemy, a potem znikamy, roztapiamy się w wieczności. 

Kilka miesięcy temu zmarła moja sąsiadka. Nie była mi jakoś szczególnie bliska. Zazwyczaj wymienialiśmy między sobą raptem kilka słów i każde z nas szło w swoją stronę.
Nie kryła się z tym, że ma raka. Próbowała walczyć, ale były przerzuty. Kiedy zdawało się, że już nastąpiła trwała poprawa, nastąpił skumulowany atak. Po około trzech tygodniach od tego ataku już nie żyła.

Wcześniej widziałem jak kilka razy płakała wchodząc do domu. Nie kryła się z tym jakoś szczególnie. Próbowałem Ją jakoś pocieszać, mówiłem o tym, że trzeba walczyć i nie wolno tracić nadziei. Słuchała mnie, potakiwała, ale w Jej oczach widziałem lęk. Chyba czuła, że umiera. Walczyła o życie, ale chyba miała świadomość, że śmierć jest już gdzieś blisko.

Kilka tygodni wcześniej zmarł ktoś, kogo znałem trochę lepiej. Ten człowiek sporo się nacierpiał zanim umarł. Niewydolność układu moczowego pociągnęła za sobą niewydolność układu krążenia i postępującą martwicę narządów wewnętrznych, które zaczęły z wolna obumierać. Trwało to całymi tygodniami. W tym czasie przeprowadzano kolejne operacje, które polegały na otwarciu jamy brzusznej i usunięciu obumarłych tkanek - w przeciwnym razie groziła gangrena. Takich operacji było około 20-stu zanim nastąpił zgon. A w tzw. międzyczasie w coraz większym stopniu następowała utrata świadomości, pojawiały się odleżyny, coraz więcej narządów wewnętrznych zaczęło źle funkcjonować, co skutkowało coraz większą liczbą rurek i aparatów do podtrzymania różnorakich funkcji życiowych , aż wreszcie ten człowiek stał się całkowicie zależny od aparatury podtrzymującej życie i zarówno lekarze jak i najbliższa rodzina z czasem zrozumieli, że ta walka o życie staje się beznadziejna i przedłuża tylko cierpienie tego chorego człowieka. Wtedy dotarło do mnie, że czasem śmierć staje się wybawieniem, czymś lepszym od życia. Chyba są granice cierpienia, których nie powinno się przekraczać. Nie warto walczyć o życie za wszelką cenę, a przynajmniej nie w każdym przypadku. 

No i tak to właśnie jest... rodzimy się, żyjemy, a potem znikamy, roztapiamy się w wieczności, przepadamy jak łzy w deszczu...


...a może jednak nie całkiem?