Witaj Miły Gościu na pokładzie Linii Lotniczych "Smurffair". Rozgość się tutaj - mój wirtualny barek jest zawsze obficie zaopatrzony ;) Życzę wyłącznie miłych lotów i wielu przyjemnych wrażeń!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gorące relacje wprost z realu.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gorące relacje wprost z realu.. Pokaż wszystkie posty
Kilka dni temu śmierć zajrzała mi prosto w oczy. Nie wyglądała wcale przerażająco - spoglądała na mnie jasnymi oczami reflektorów.
Ale po kolei.
Właśnie jechałem moim autem po drodze, która miała tylko po jednym pasie ruchu w każdym kierunku. Nie było jeszcze bardzo późno - może było gdzieś tak koło 21 wieczorem. Ale ruch w tym czasie był jeszcze spory, bo to jest bardzo uczęszczana trasa.
Wchodzę w zakręt. Jadę może 70 - 80 km na godzinę. Gdy wyjeżdżam zza zakrętu, nagle widzę ją.
Spogląda na mnie złowrogo, oślepiając dwoma jasnymi snopami świateł z samochodowych reflektorów. Bardzo szybko pędzi mi na spotkanie...
Dałem natychmiast po hamulcach. Słyszę chrzęst kół, które ślizgają się po lekko przymrożonym asfalcie i przerażony wpatruję się w szybko zbliżające się reflektory...
Zdążę uciec z życiem... nie zdążę...?
Szykuje się "czołówka" - bo przecież nie wjadę prosto pod koła pojazdów jadących z naprzeciwka, a z prawej strony stoją jakieś słupy, nie mam dokąd uciec...
Tym razem miałem szczęście, bo jadący z naprzeciwka, wyprzedzający kogoś debil, w ostatnim momencie zdołał uciec na swój pas ruchu. Zdążyłem go tylko otrąbić, chociaż najchętniej dałbym mu za to po pysku.
Mało brakowało, abym na tym blogu już niczego nowego nie napisał...
Cholera, jak mało czasem trzeba, abyśmy przenieśli się na tamten świat... wystarczy jeden debil za kierownicą... Moim zdaniem takich ludzi powinno się karać w taki sam sposób, jak jadących po spożyciu alkoholu, bo stwarzają podobne zagrożenie w ruchu drogowym i to nie tylko dla siebie, ale także dla Bogu-ducha winnych osób jadących z naprzeciwka.
Statystyki nie kłamią - w efekcie wypadków drogowych każdego roku na naszych drogach traci życie kilka tysięcy ludzi. Nie licząc rannych, których jest dużo więcej. A więc śmiertelne ofiary tych wypadków mogłyby spokojnie zaludnić niewielkie miasteczko. Taka liczba ofiar nie dziwi, skoro mamy w swoim gronie tego typu kierowców, jak ten debil, który tak bardzo chciał mnie staranować. Nie zważających na nic. Wystarczy argument - "bo im się spieszy". A skoro im się spieszy, no więc - "z drogi śledzie...".
Nie musimy wcale mieszkać w Japonii i czekać na trzęsienie ziemi, aby śmierć mogła nas znienacka dopaść.
Skąd możemy wiedzieć, czy nie czycha na nas gdzieś za rogiem?
Ten post jest z gatunku nadprogramowych, bo wczoraj zdarzyło mi się coś nadprogramowego, czego wcześniej w ogóle nie planowałem. Można by to nazwać "pierwszą zimową pieszczotą", albo coś w tym rodzaju Otóż jadę sobie pomalutku moim smurffowym wehikułem przez krętą osiedlową uliczkę. Jest poniedziałkowy poranek. Wszędzie leży śnieg. Przede mną opada niewielki stok, a na dole jest ostry zakręt w lewo. Mam świadomość, że jest strasznie ślisko, więc jadę bardzo powoli, ale czuję, że i tak zaczyna mnie nosić, hamulec nie działa, a koła mnie nie słuchają - nie chcą skręcić w lewo, samochód wali prosto przed siebie. Po prostu cały stok był całkowicie oblodzony... Nie zwlekając wrzuciłem "jedynkę" myśląc, że uda mi się zastosować hamowanie silnikiem. Niestety jechałem na tyle wolno, że pojazd w ogóle nie zareagował - powolutku jechał do przodu, a raczej toczył się, ślizgając się jakby miał płozy zamiast kół. Mogłem tylko patrzeć, jak zbliża się coraz bliżej do zaparkowanego na chodniku auta... Trzy metry... dwa... metr... trzask!!! Łupnęło i nic - alarm w pojeździe się nie włączył, czyli wciąż panowała cisza i spokój. Oczywiście w tym samym momencie, gdy już "zaparkowałem" w stojącym na poboczu pojeździe, odruchowo użyłem pewnego nieparlamentarnego słowa, który zaczynało się na "k", a w języku łacińskim oznacza krzywą. To taka naturalna reakcja niemal każdego kierowcy, jeśli coś takiego się zdarza. Owo słówko było zasadniczo przeznaczone dla ekipy, która powinna sprawować pieczę nad tą uliczką, aby była ona zdatna do jazdy. Ale jakie są drogowe realia w tym kraju, to wie każdy, kto choć trochę jeździ... Wyszedłem z samochodu, aby sprawdzić, czy są jakieś szkody w stojącym na poboczu pojeździe. Nieznaczne, ale jednak były - zarysowany zderzak i lekko wgięty błotnik. Potem, w pierwszym odruchu rozejrzałem się wokół siebie; nie było żywego ducha. - A może by tak czmychnąć? - przemknęło mi przez głowę. Wszak mogłem niepostrzeżenie stamtąd wyjechać i wszelki ślad by po mnie zaginął... Ale zaraz potem "włączyła mi się" moja wyobraźnia. Otóż wyobraziłem sobie, że to ja jestem właścicielem tego auta stojącego na chodniku, podchodzę, widzę zarysowany zderzak, wgnieciony tylni błotnik, a sprawcy szkody ani śladu... Aby pozbyć się tych przykrych wizji, niezwłocznie napisałem kartkę, że stałem się sprawcą szkody, podałem swój numer telefonu, po czym kartkę wsunąłem za wycieraczkę. Właściciel pojazdu skontaktował się ze mną kilka godzin później i jeszcze tego samego dnia spotkaliśmy się, aby omówić kwestię zwrotu szkody. W trakcie rozmowy facet stwierdził, że niewielu kierowców by tak zrobiło. Jakoś tak głupio mi było, aby mu się przyznać wprost, że ja też w pierwszym odruchu miałem ochotę dać stamtąd dyla... Dlatego, po krótkim namyśle postanowiłem palnąć mu tzw. "mówkę". - Bo widzi pan, ja to już jestem taki nieuleczalny frajer - idealista... Facet popatrzył na mnie i zapytał. - A ten pański idealizm, to na czym konkretnie ma polegać? - Po prostu wierzę... a raczej mam nadzieję, że będąc na moim miejscu, nie tylko pan, ale i wszyscy inni kierowcy zachowają się podobnie... Na to facet rozbawiony. - Hehehe, w takim razie, chyba można pana określić tym mianem... Uśmiechnąłem się kwaśno. - Pewnie tak... ale niech pan powie, czy nie miał pan cholernego szczęścia, że w pański wóz wbił się właśnie taki frajer - idealista? Facet popatrzył na mnie przeciągłym wzrokiem. - Oj, umie pan odwracać kota ogonem... do tej pory myślałem, że to ja mam pecha... i dopiero pan mi uświadomił, że jestem cholernym szczęściarzem...
Może to głupio zabrzmi, ale w sumie cieszę się, że stamtąd nie uciekłem. Nie chodzi mi nawet o wykreowane przeze mnie szczęście tego faceta. To też, ale jest coś jeszcze - mianowicie chodzi mi też o spokój mojej duszy. Po prostu wiem, że po mojej ucieczce z miejsca zdarzenia, dość długo męczyłyby mnie okropne wyrzuty sumienia, których trudno by mi było się pozbyć.
A teraz coś na dokładkę - trochę to spóźnione niestety, bo deszcz już zamienił się w śnieg i biało na świecie się zrobiło /o czym wyżej /. Ale może jutro znów będzie mokro i deszczowo, a ten utwór będzie wówczas jak znalazł?
Któż z nas nie widział tych dziwnych zegarów na obrazie Salvadora Dali? Widok kilku nienaturalnie wyglądających czasomierzy mocno zapada w pamięć. Kto raz widział ww. obraz, ten zapewne już go nie zapomni. Może właśnie dlatego Salvadore Dali nazwał swoje surrealistyczne dzieło "La persistencia de la memoria", czyli "Trwałość pamięci". Kontynuacją ww. pracy jest seria ośmiu odlewów zatytułowanych "Profile of Time" /"Profil Czasu"/, którą S. Dali wykonał w latach 1977 – 1984. A piszę na ten temat, ponieważ ostatni długi weekend spędziłem we Wrocławiu, gdzie miałem okazję obejrzeć trzeci egzemplarz z tej serii. Nawiązanie tej rzeźby do obrazu "La persistencia de la memoria" nasuwa się od razu, motyw nienaturalnie wyciągniętego, zdeformowanego zegara jest wspólnym elementem łączącym obie prace.
Omawiana rzeźba tymczasowo została postawiona w nowo wybudowanej galerii handlowej „Arkady Wrocławskie”, ale docelowo zostanie umieszczona przed jednym z głównych wejść do nowo budowanego kompleksu wysokich apartamentowców, którym nadano nazwę "Sky Tower". Warto zauważyć, że jeden z apartamentowców wchodzących w skład Sky Tower /nazywany wieżą/ będzie najwyższym budynkiem mieszkalnym w Polsce /planuje się, że omawiana wieża do poziomu dachu będzie miała wysokość około 220 metrów, tj. 56 pięter/. A oto planowany wygląd tego kompleksu po jego wybudowaniu.
http://www.lcc.pl/foto/realizacje/sky1.jpg
A jeśli chcielibyście poczytać nieco więcej informacji na temat Sky Tower, to zapraszam tutaj. Dowiecie się wówczas, co łączy „Arkady Wrocławskie”, "Sky Tower" oraz ww. rzeźbę Salwadora Dali.
Pozwoliłem sobie zacząć od rzeźby S. Dali oraz Sky Tower, bo to dość dobrze pokazuje dynamiczny rozwój Wrocławia, w tym mieście faktycznie dużo się dzieje. Umiejętnie pokazana historia i kultura w połączeniu z nowoczesnością, dają we Wrocławiu zdumiewające efekty. Przyznaję, że to miasto ma swój urok, co starałem się przedstawić na kilku zdjęciach zamieszczonych w moim fotoalbumie /zapraszam/. Przyjąłem tam koncepcję pokazywania tych samych kolejnych ujęć w dzień i w nocy, co moim zdaniem dało całkiem fajne połączenie. Szkoda tylko, że nie miałem żadnego statywu, przez co zdjęcia nocne nie są zbyt ostre, ale oglądać się dają, jak najbardziej.
Na koniec coś z zupełnie innej beczki, chociaż nie do końca, bo jednak ma to bezpośredni związek z tytułem posta. Otóż w trakcie bardzo miłych /co przyznaję/, towarzyskich poggaduszek z pewną bardzo sympatyczną Panią /co też przyznaję/, jakoś tak volens nolens oboje weszliśmy na temat naszej aparycji. Gdy padły pytania na temat koloru moich /ewentualnych/ włosów, od razu zaproponowałem wzajemną wymianę zdjęciami /bynajmniej nie po jakiejś rozbieranej sesji /, głównie po to, aby nie rozgadywać się niepotrzebnie, w sytuacji, gdy można po prostu zobaczyć zdjęcie. Gdy z tamtej strony padła żartobliwa odpowiedź, że jedziemy utartym schematem, który byłem łaskaw niedawno opisać w moim opowiadaniu, to w gruncie rzeczy domyślnie postawiłem na tej wymianie krzyżyk i już już miałem zmienić temat, gdy z tamtej strony nadszedł nowy tekst. To było coś w rodzaju "żonatym moich zdjęć nie wysyłam". Z dalszego ciągu zrozumiałem, że pisze to na poważnie. Powiem szczerze - zamurowało mnie. Może dlatego, że ja z tego nie robię wielkiego halo, wymieniłem się zdjęciami już z kilkoma osobami i jak do tej pory nikt mi takiego tekstu nie rzucił. Głupia sprawa, ale poczułem się, jakbym był niepełnosprawny, który nagle słyszy tekst "z niepełnosprawnymi nie gadam". No cóż, jestem raczej dociekliwym facetem, a w tym wypadku pytanie "dlaczego" nasuwało się niejako automatycznie. Gdy z tamtej strony nadeszła odpowiedź "a po co żonatym moje zdjęcia?", zrozumiałem o co się rozchodzi, więc pytanie "a po co ono nieżonatym?" w tej sytuacji wydawało mi się zbędne... Ale wiecie co? Kurczę, od tej pory w trakcie naszych wirtualnych poggaduszek cały czas miałem uczucie, jakbym był w oczach tej Pani kimś gorszym... facetem wtarowa sorta... jakbym był w jakiś sposób dyskryminowany... No i w efekcie jakoś całkiem straciłem ochotę do dalszych wirtualnych poggaduszek z ww. Panią. Nasuwa się zapewne w tym momencie pytanie, co tak naprawdę mi przeszkadza w dalszym podtrzymywaniu tej wirtualnej znajomości. I powoli doszedłem do wniosku, że przyczyną jest właśnie "La persistencia de la memoria", czyli taka specyficzna, smurffowa "trwałość pamięci". No bo cóż innego?
Jak już co niektórzy pewnie wiedzą, swój ostatni weekend spędziłem razem z moją rodziną w Porzeczu, gdzie w dniach 6-7.10.2007 r. odbyło się Pierwsze Pomorskie Spotkanie Blogowiczów.
To były dwa niezapomniane dni. Mam nadzieję, że jak się kiedyś doczekam wnuków, to będę im mógł o tym co nieco opowiedzieć, kończąc tak, jak kończą się wszystkie bajki "i ja tam byłem, różne znakomite trunki piłem, przy ognisku tańcowałem, a to, co zapamiętałem, to wam opowiedziałem"
Tutaj na moim blogu, z konieczności będzie tylko skrótowa relacja, bo Onet nie daje mi odpowiednio szerokiego pola do popisu, zważywszy na dość ograniczoną przestrzeń dyskową przeznaczoną na każdy blog
Spróbuję jednak wyciągnąć najbardziej istotne szczegóły z zakamarków mojej pamięci i się nimi z Wami podzielić.
A więc było to tak...
Dość późno wyruszyliśmy z naszej smurffowej krainy, a zważywszy, że miejsce naszego spotkania było ściśle określone w czasie i przestrzeni, pędziłem niemal na złamanie karku swoim smurffolotem, aby tylko zdążyć. Udało się! Na miejsce zbiórki przybyliśmy nawet kwadrans przed wyznaczonym czasem, ale i tak prawie wszyscy zdążyli już przybyć na miejsce zbiórki.
Po naszym przybyciu i przywitaniu się nie było na co czekać, dlatego Wojtek Wisowski niezwłocznie poprowadził nasz "radosny kondukt" do Porzecza, gdzie znajduje się Leśne Schronisko "Łowców przygód", stanowiące cel naszej podróży.
Przyznaję, że to czarujące miejsce. Położone w dolinie, której środkiem płynie rzeka Łeba, a po obu stronach wznoszą się wzgórza porośnięte pięknym lasem mieszanym, który o tej porze roku powoli nabierał pastelowych barw. Czułem się tam trochę tak, jakbym był w górach.
Na dobry początek organizatorzy poczęstowali nas kawą, a następnie zupą pomidorową, która stanowiła doskonałą kulinarną uwerturę do dalszych specjałów, które dla nas przyszykowano. Następnie poszliśmy na spacer do okolicznego lasu. Pogoda była niezbyt pewna, toteż zabrałem za sobą swój nierozłączny parasol. Przydał mi się on przede wszystkim do zrobienia sobie takiej oto pamiątkowej fotki.
Las był iście bajkowy, dlatego wciąż poszukiwałem jakichś bajkowych rekwizytów. Rozglądałem się przede wszystkim za zagubionym pantofelkiem Kopciuszka, ale jakoś nie udawało mi się go znaleźć. Za to niemal na środku drogi leżał sobie w najlepsze nieco uszkodzony but siedmiomilowy. To mnie utwierdziło w przekonaniu, że jestem, jeśli nie w bajkowej, to z pewnością, w bajecznej krainie.
Po powrocie ze spaceru nadeszła pora wyjazdu po Lucy. Na moją własną prośbę weszłem w skład ekipy powitalnej, która miała przywitać Lucy na dworcu w Strzebielinie. Tym razem Moja Wirtualna Dama dojechała szczęśliwie i po naszym powitaniu zabraliśmy się z powrotem do Porzecza, gdzie po krótkiej chwili zapodano nam jakże smakowitą kawę i to w dodatku z jakże smakowitym ciastem - tutaj tylko fotka niestety, ale zapewniam Was, że ten nw. zestaw smakował jeszcze lepiej niż na to wyglądał.
A zaraz potem poszliśmy na ognisko. Trzeba przyznać, że ognisko w Porzeczu jest doskonale zrobione. Pośrodku, na czterech słupach znajduje się metalowy okap odprowadzający dym z ogniska do wysokiego murowanego komina.
Wokół jest duży betonowy postument, zaś całość jest dokładnie zadaszona okrągłym drewnianym dachem posadowionym na kilku drewnianych filarach. Tworzy to wszystko trwałą i solidną konstrukcję, wprost wymarzoną do imprez wszelakich.
Na dobry początek Milady Morelka poczęstowała nas swoim, naprawdę doskonałym drinkiem zrobionym na bazie Martini. Ognisko i ów trunek sprawiły, że atmosfera od razu stała się całkiem ciepła i przyjemna
Wieczorem, zgodnie z zapowiedzią dobili do nas Emeczka wraz z Bgo, no i byliśmy wreszcie w komplecie. Wtedy, co niektórzy zaprezentowali wcześniej przygotowany program artystyczny, którzy przyszykowali specjalnie na tę okazję.
No i potem zaczęły się tańce, hulanki i swawole, które dla niektórych, mniej podatnych na spanko imprezowiczów, przeciągnęły się aż do białego rana.
To była odjazdowa, magiczna noc...
Juz na poczatku tej nocy organizatorzy zaskoczyli nas totalnie wręczając nam wszystkim kwiatuszki w doniczkach, które były pamiątką z tego spotkania - od razu zrobiłem tym kwiatkom zbiórkę w szeregu /konkretnie, tym kwiatuszkom, które dostała moja rodzina/ - na tej zbiórce wyglądały następująco.
Na karteczkach dołączonych do kwiatuszków, z drugiej strony widniało hasło autorstwa Milady Morelki wraz z nazwą, datą i miejscem naszego spotkania. Całość wyglądała następująco.
Tak, jak przewidywałem, Lucy w realu okazała się Mistrzynią Tańca i nawet udzieliła mi kilku bezpłatnych lekcji, a ja, bacząc, aby zbytnio nie podeptać delikatnych stópek MWD*, starałem się po prostu, aby przez ten cały czas utrzymywać się w pionie, co o dziwo mi się udało
Ta szalona noc minęła szybko, a nawet bardzo szybko... ani się obejrzałem, jak nastał dzień...
Po porannej kawie znowu ruszyliśmy w plener na pieszą wędrówkę, jednak tym razem w inne okolice niż w dniu wczorajszym, a mianowicie nad rzekę Łebę.
Po powrocie należało pomyśleć o obiedzie. A konkretnie, to tym razem panowie mieli pomyśleć, bo tak to sobie zaplanowali organizatorzy. Ja dostałem całą furę marchewek do ręcznego ucierania na tarce... trąc to po cichutku, w duchu przeklinałem samego siebie za to, że nie pomyślałem o wzięciu ze sobą melaksera...
Jednak obiad wyszedł nam /facetom/ nad podziw dobrze - ziemniaki co prawda były chyba zupełnie nie osolone, ale któż by się tam przejmował takimi drobnostkami, kiedy w brzuchu burczy z głodu...
Po obiedzie zapodano jeszcze kawę z resztą ciasta, no i już trzeba było się żegnać, bo przecież czekała nas jeszcze daleka droga powrotna...
Pożegnanie nie było jakieś specjalnie rzewne, bo niby dlaczego? Każdy z nas miał chyba tę świadomość, że przecież całkiem niedługo spotkamy się ze sobą na naszych blogach...
****************
Korzystając z okazji chciałbym jeszcze raz bardzo serdecznie podziękować organizatorom naszego spotkania, tj. Milady Morelce oraz Wojtkowi Wisowskiemu.
Zorganizowaliście to naprawdę kapitalnie Moi Drodzy i nie mogę wystawić Wam za to innej noty, niż 10/10.
Ale przecież to nie o moją notę naprawdę tutaj chodzi - to dzięki Wam mogliśmy się ze sobą spotkać i przeżyć razem te dwa cudowne dni. Dwa niezapomniane dni...