Witaj Miły Gościu na pokładzie Linii Lotniczych "Smurffair". Rozgość się tutaj - mój wirtualny barek jest zawsze obficie zaopatrzony ;) Życzę wyłącznie miłych lotów i wielu przyjemnych wrażeń!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą O tym się mówi.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą O tym się mówi.. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 11 lipca 2016

Wiadomości z frontu, czyli wojenki polsko-polskiej ciąg dalszy.



"Dajcie Polakom rządzić, a sami się wykończą."


Skończyło się Euro we Francji i skończyło się chwilowe polsko-polskie pojednanie.
Pod wspólnym sztandarem występowaliśmy krótko, bo tylko w czasie, gdy wszyscy razem dopingowaliśmy naszych piłkarzy. Nie było wówczas podziałów na "kibiców gorszego sortu" i tych, którzy "noszą moherowe berety". Nie było też podziałów na "lemingów" i "oszołomów". Na tych "stojących po właściwej stronie" i "stojących tam, gdzie kiedyś stało ZOMO".
To chwilowe "zawieszenie broni" sprawili nasi piłkarze z Adamem Nawałką na czele.
Ale Euro już się skończyło i powoli wracamy do naszej ulubionej polsko-polskiej wojenki. 
O jakiej wojence mowa?
Polska klasa polityczna jest podzielona na dwa wrogie obozy. Pierwszy obóz, który nazwę lewicowo - liberalnym grupuje następujące partie i ugrupowania polityczne: PO, PSL, SLD, Nowoczesna, KOD oraz kilka pomniejszych partii i ugrupowań. W skład drugiego obozu, który nazwę obozem konserwatywno - narodowym, wchodzą: PiS, KORWIN, KUKIZ15, Ruch Narodowy i kilka mniejszych frakcji. Wraz z upływem czasu do tych dwóch obozów stopniowo przyłączały się coraz to nowe grupy społeczne i dziś można stwierdzić, że ów podział obejmuje większą część naszego społeczeństwa.
Ten podział zaczął się niemal zaraz po tym jak komuniści oddali władzę tj. w 1989 roku, ale wtedy nie był to podział ostry, ani tak bardzo widoczny jak obecnie. Zaostrzył się w 2005 roku, gdy PiS wygrało wybory parlamentarne, a począwszy od katastrofy smoleńskiej w 2010 roku stawał się on coraz bardziej widoczny.
Obecnie niemal każde wydarzenie, czy to na gruncie krajowym, czy europejskim sprawia, że Polacy natychmiast stają po jednej stronie politycznej barykady, skąd od razu zaczynają "strzelać" do swoich politycznych przeciwników.

Jak ów podział wygląda w praktyce?

Spróbujmy to przeanalizować biorąc pod uwagę kilka wiodących tematów, którymi żyje polskie społeczeństwo w ostatnim czasie.

Zagadnienie         Obóz l-l    obóz k-n

Przyczyny wystąpienia 
katastrofy smoleńskiej wyjaśnione nie wyjaśnione

Stosunek do sprawy 
przyjmowania emigrantów pozytywny         negatywny

Podejście do aborcji       dopuszczalna niedopuszczalna

Stosunek do przeszłości
Lecha Wałęsy                  pozytywny          negatywny

Ocena ostatnich działań
Trybunału Konstytucyjnego      pozytywna          negatywna

Można by tak jeszcze długo wymieniać w mniej znaczących kwestiach, bowiem prawie każdy dzień przynosi nam jakieś nowe tematy, co do których natychmiast następuje podział polskiego społeczeństwa na dwie zwalczające się grupy. Np. kilka dni temu przy okazji szczytu NATO w Warszawie odbyła się konferencja prasowa Baracka Obamy i obecnie trwa gorąca dyskusja, co prezydent USA miał na myśli, gdy powiedział to, co powiedział.

Obawiam się, że toczenie tej polsko-polskiej wojenki to jedna z naszych najbardziej paskudnych cech narodowych. Podobna sytuacja jak dziś miała miejsce w XVIII wieku i wiadomo, jak się to wtedy skończyło. A jak się skończy obecnie?
Czyżby kolejny raz miały się spełnić złowróżbne słowa Bismarcka?
Oby nie.
Nie chciałbym dożyć polskiej wojny domowej. 
Do tej pory dopiero utrata niepodległości sprawiała, że na powrót jako naród stawaliśmy się zjednoczeni. Jednak nasi piłkarze potrafili nas zjednoczyć przynajmniej na parę dni. 
Dlatego wciąż wierzę, że prędzej czy później pójdziemy po rozum do głowy i będziemy w stanie się zjednoczyć, aby działać wspólnie dla dobra kraju, któremu na imię Polska.


czwartek, 7 kwietnia 2016

6 lat po katastrofie nadal błądzimy w oparach smoleńskiej mgły...



Dla tych, którzy mają już po dziurki w nosie tematu katastrofy smoleńskiej mówię krótko - nie musicie czytać tego posta.

Wszystkim pozostałym mówię - nadal niczego pewnego nie wiemy. To znaczy wiemy tyle, że nad Smoleńskiem była mgła, no i że była wtedy katastrofa.
Cała reszta to już są poszlaki...  
Wraz z upływem czasu coraz mniej rzeczy wydaje się pewnych, prawie wszystkie dotychczasowe ustalenia wydają się być do podważenia. Wobec braku oryginałów czarnych skrzynek wygląda to tak, jakbyśmy próbowali znaleźć jakiś namacalny dowód, coś co pozwoli nam budować jedną, wiarygodną teorię przyczyn tej katastrofy. Niestety, cały czas niczego takiego, jakiegoś pewnego dowodu nie udaje nam się znaleźć. Z kolei bazowanie na kopiach czarnych skrzynek nie może zakończyć się powodzeniem, skoro okazuje się, że istnieje co najmniej kilka wersji tych kopii...
Wygląda więc na to, że w kwestii wyjaśniania przyczyn tej tragedii nadal błądzimy w oparach smoleńskiej mgły. Czy kiedyś uda nam się z niej wyjść?
Nie wiem. Ale na pewno musimy próbować.
Dlatego cieszę się, że śledztwo w sprawie wyjaśniania przyczyn katastrofy smoleńskiej ruszyło od początku. Być może nie przyniesie ono niczego nowego i nadal będziemy tkwić w oparach smoleńskiej mgły. Może jednak uda się w końcu zdobyć jakieś niepodważalne dowody, dzięki czemu opuścimy wreszcie tę cholerną smoleńską mgłę i dowiemy się, co tam się stało i jak było naprawdę.


sobota, 5 grudnia 2015

Smutna konstatacja.

Z tej całej napinki wokół Trybunału Konstytucyjnego wynika dla mnie jedna, ale za to niezwykle przykra i smutna konstatacja: otóż jeżeli będziemy mieli dwa różne składy sędziowskie orzekające o zgodności danej ustawy z Konstytucją, a więc na przykład pierwszy skład sędziowski niech będzie nazwany "X" i drugi skład sędziowski nazwany "Y", przy czym pierwszy skład "X" będzie złożony wyłącznie z "naszych" sędziów, natomiast skład "Y" będzie złożony z "nie naszych" sędziów i zakładając, że te dwa ww. składy sędziowskie orzekną dokładnie na odwrót, a więc pierwszy skład "X" wyda werdykt, że dana ustawa jest zgodna z konstytucją, natomiast drugi skład "Y" - że niezgodna /albo na odwrót, bo to tylko przykład/, to znaczy, że albo sędziowie wybierani do TK są stronniczy, albo - co jest jeszcze bardziej przykre - że całe nasze prawo, z Konstytucją RP włącznie, jest zwyczajnie do dupy... 


poniedziałek, 16 listopada 2015

Uchodźcy? Ależ skąd! To kryminaliści!

Krwawe zamachy w Paryżu w ubiegły piątek potwierdziły wcześniejsze obawy, że wśród uchodźców masowo migrujących do Europy mogą znajdować się terroryści. Zwolennicy masowego przyjmowania migrującej ludności gasili wcześniej te obawy obiecując skrupulatne sprawdzanie każdego emigranta. Ile były warte te wszystkie zapewnienia mieliśmy okazję się przekonać oglądając w migawkach telewizyjnych paryskie ulice. 


Prowadzone przez francuskie władze intensywne śledztwo wskazuje, że dwóch terrorystów biorących udział w piątkowych zamachach odbyło klasyczną wędrówkę, jaką niedawno odbyli pozostali uchodźcy przybywający do Europy. Wprawdzie szef KE Jean-Claude Juncker gorliwie zapewnia, że akurat ci dwaj terroryści to nie byli żadni uchodźcy, a tylko zwykli kryminaliści, ale tego typu zapewnienia stanowią co najwyżej skąpy listek figowy, którym zwolennicy szerokiego przyjmowania uchodźców do krajów UE usiłują niezdarnie zakryć widoczną już na pierwszy rzut oka przerażającą prawdę: nie da się w masie przyjmowanych uchodźców wyodrębnić i odseparować potencjalnych terrorystów, którzy przybyli do UE nie po to, aby się tu schronić, ale po to, aby siać terror i zniszczenie.

Istnieje jeszcze jedna kwestia, o której dziś włodarze UE zdają się zapominać, ale dla mnie jako Europejczyka jest ona niezmiernie istotna: co się stanie z potomkami dzisiejszych uchodźców. Dotychczasowe doświadczenia wykazują, że dzisiejsi islamscy terroryści wywodzą się w prostej linii z dawnych islamskich emigrantów, którzy przybyli do krajów zachodniej Europy jeszcze w drugiej połowie XX wieku. A skoro tak, to rodzi się naturalne pytanie: jak to będzie z dziećmi obecnych uchodźców? Czy ich potomkowie nie zafundują nam tu w Europie jakiejś powtórki z 11 września 2001 roku?
Los uchodźców nie jest mi obojętny, ale jeśli w masie tysięcy uchodźców miałaby się znaleźć garstka terrorystów albo ich potomkami będą "dzieci Allacha", którzy w przyszłości wysadzą dom, w którym będą mieszkać moje dzieci albo wnuki, to ja jestem za tym, aby tym uchodźcom już dziś zatrzasnąć wrota Europy przed nosem z tymi słowami:
- poszukajcie sobie innego miejsca, gdzie będziecie mogli uskuteczniać swoje krwawe jatki, bo my w Europie mamy już po dziurki w nosie zabijania niewinnych ludzi w imię jakichś wydumanych, utopijnych ideologii.


poniedziałek, 26 października 2015

Dziesięć refleksji po wyborach.

Refleksja pierwsza: zwycięstwo zza grobu.

Wczoraj, zaraz po ogłoszeniu wyników wyborów głos zabrał bezapelacyjnie największy triumfator tych wyborów, Jarosław Kaczyński, a więc szef zwycięskiej partii czyli Prawa i Sprawiedliwości. Prezes Kaczyński dosyć nieoczekiwanie zaczął nie od triumfalnego obwieszczenia "urbi et orbi", że oto PiS obejmie teraz stery władzy i zaraz zacznie się rozliczanie poprzedniej ekipy rządowej z rozlicznych afer. Nie, on zaczął od przypomnienia nieżyjącego od czasu katastrofy pod Smoleńskiem swojego brata - prezydenta Lecha Kaczyńskiego bez którego, co wyraźnie podkreślił, nie byłoby tego wczorajszego sukcesu. 
Kończąc zaś zameldował:
- Panie Prezydencie, melduję wykonanie zadania!
I właśnie wtedy pomyślałem sobie, że to jest także zwycięstwo nieżyjącego już od pięciu lat z hakiem, prezydenta Lecha Kaczyńskiego. 
Co prawda zwycięstwo zza grobu, ale jednak zwycięstwo.

Refleksja druga: Ale jaja! Ale jaja! Ale jaja!

Drugie miejsce w tych wyborach zajęła Platforma Obywatelska.
Dwadzieścia kilka procent to i tak moim zdaniem spory sukces tej partii. Po tych wszystkich "...kamieni kupach" i "ośmiorniczkach..." spodziewałem się wyniku nieco poniżej 20 %. Tak się nie stało. Spora w tym zasługa premier Ewy Kopacz, która moim zdaniem naprawdę bardzo rzetelnie pracowała przez całą kampanię wyborczą dzięki czemu nieco uratowała pikujące w ostatnim czasie ostro w dół notowania PO. 
Myślę, że przerwa w rządzeniu dobrze zrobi tej partii, bo po ośmiu latach rządów nadmierna buta, pycha, arogancja i pogarda dla Narodu były aż nadto widoczne. Teraz posiedzą sobie kilka lat na opozycyjnym garnuszku, spokornieją i być może jeszcze kiedyś wrócą do rządzenia Polską, ale po odbyciu niezbędnej kwarantanny. A póki co mogą się spotykać u "Sowy i Przyjaciół", zajadać się ośmiorniczkami i paplać wesoło "Ale jaja! Ale jaja! Ale jaja!" ile tylko dusza zapragnie - ale tym razem już na własny rachunek, a nie z pieniędzy podatników.


Refleksja trzecia: nie dam ci torby z darami, ani auta z alufelgami.

Formacja Pawła Kukiza dość nieoczekiwanie zajęła trzecie miejsce w tych wyborach z wynikiem oscylującym wokół dziewięciu procent. Osobiście ufam Pawłowi Kukizowi, który już w trakcie wyborów prezydenckich mnie przekonał, że nie pcha się po władzę dla samej władzy, ale po to, by naprawdę poprawić sytuację w Polsce. Paweł Kukiz w jednym ze swoich utworów śpiewał ironicznie "Dam ci torbę z darami, auto z alufelgami" - teraz wracał do tych słów twierdząc, że właśnie na tym polega system z którym walczy, a więc najpierw partie polityczne obiecują gruszki na wierzbie, a potem prowadzą taką politykę, aby nabić sobie kabzę, zapominając o społeczeństwie i wcześniej złożonych obietnicach. W zasadzie zgadzam się w tej kwestii z Pawłem Kukizem, ale problem polega na tym, że Kukiz walcząc z systemem, najpierw sam musi wejść w ten system, aby później rozwalić go od środka. A więc wcześniej musi założyć własną partię, inaczej cały czas będzie walczył z systemem niczym Don Kichot z wiatrakami. Sęk w tym, że  Kukiz nie założył własnej partii, utworzył natomiast coś w rodzaju "pospolitego ruszenia", które nazywa się "Kukiz 15". Gdyby w skład tej formacji wchodziło, powiedzmy 10 tysięcy Kukizów i nikt więcej, wtedy nie miałbym żadnych wątpliwości odnośnie tej formacji. Ale Kukiz jest tam tylko jeden, zaś co do całej reszty, to nie ufam tej zbieraninie ani trochę i myślę, że w szybkim czasie staną się oni "planktonem politycznym", a więc zostaną, jak to się eufemistycznie mówi "zagospodarowani" przez inne partie.
Ale wynik formacji Pawła Kukiza niewątpliwie świadczy o tym, że kredyt zaufania dla pozostałych partii powoli się wyczerpuje i Polacy pragną radykalnych zmian w dotychczasowym sposobie uprawiania polityki.

Refleksja czwarta: no pasaran!

Gdy mnie ktoś pytał przed wyborami, ile procent zdobędzie Zjednoczona Lewica, zawsze odpowiadałem: 
- osiągną całkiem przyzwoity wynik, dokładnie 7,9 %...
Taka odpowiedź stanowiła zakamuflowane życzenie, aby to ugrupowanie w ogóle nie weszło do Sejmu, bowiem próg wyborczy w tym wypadku wynosi 8 %. No i wygląda na to, że wykrakałem, z czego, nie ukrywam, bardzo się cieszę. Takie paroletnie oddzielenie od sejmowego koryta bardzo dobrze zrobi tej formacji, pozwoli jej ostatecznie pozbyć się dawnych partyjnych aparatczyków w rodzaju Leszka Millera, pozwoli też oczyścić się z bandy bezideowych karierowiczów, którzy na lewicowych hasłach chcieli się wspiąć na szczyty władzy. Mam nadzieję, że kilkuletni okres sejmowej posuchy pozwoli oddzielić ziarno od plew i wyodrębnić prawdziwych ludzi lewicy, którzy naprawdę wierzą w to co głoszą.

Refleksja piąta: "bo wszystkie Ryśki to fajne chłopaki".

Ugrupowanie Ryszarda Petru zdobyła coś koło siedmiu procent, co po przeliczeniu daje kilkanaście mandatów w Sejmie. Moim zdaniem dobrze się stało.
Zawsze miałem Petru za dobrego ekonomistę, który twardo stąpa po ziemi. Będzie się teraz przyglądał z ław opozycji temu, co już niedługo będzie robił rząd wybrany przez PiS. Całkowicie popieram to, co Petru mówi o branży górniczej: koniec z przywilejami dla tej branży, za to wszystko płaci całe społeczeństwo i w efekcie mamy w Polsce węgiel kilka razy droższy niż na świecie. To się musi skończyć i w tym temacie Petru ma absolutną rację, jeśli rząd PiS dalej chce "rozpieszczać" górników, to niech to robi, ale z własnych dotacji przeznaczonych na finansowanie partii politycznych, bo dotując górników z budżetu, zwyczajnie okrada pozostałe grupy społeczne.

Refleksja szósta: zielono mi, ale tylko na wiosnę.

Po cichu liczę na to, że PSL nie doliczy się tych 5 % poparcia, co w efekcie pozwoli na czasowe pozbycie się tych drobnych wiejskich cwaniaczków z naszego parlamentu. Podobnie jak w przypadku Zjednoczonej Lewicy, takie kilkudniowe odstawienie przedstawicieli tej partii od sejmowego koryta pozwoliłoby na oczyszczenie się tego ugrupowania z darmozjadów i karierowiczów, których w PSL-u jest na pęczki.

Refleksja siódma: kogo nie ma, ten się nie liczy.

Pozostałe partie i ugrupowania nie przekroczyły pięcioprocentowego progu wyborczego, a więc pozostaną poza parlamentem. A ponieważ realnie rzecz biorąc, kogo nie ma, ten się nie liczy, a zatem nie bardzo jest o czym w tym wypadku gadać, bo wygląda na to, że gadam o niczym :)

Refleksja ósma: nie lamentujcie hejterzy, jutro też zaświeci słońce.

Nad wynikami wyborów już zaczęli płakać główni polscy hejterzy w rodzaju PeO-wskiego agitatora - Tomasza Lisa, wieloletniego ulubieńca gimnazjalistów - Kuby Wojewódzkiego, czy też nadwornego "wszechałtorytetu III RP" - Adama Michnika, wraz z tłumami ich popleczników. Wylewają oni teraz rzeki krokodylich łez nad przyszłym losem Polski zgrywając się na polskich patriotów, którym rzeczywiście na tym losie zależy. Nie wierzę im jednak nic a nic, bo w ostatnich latach już nieraz pokazali, jakie są ich prawdziwe intencje. A wg nich Polska powinna być krajem multi - kulti, opartym na swobodnych związkach "dwóch mamuś", albo "trzech tatusiów", gdzie tradycyjna rodzina będzie znaczyła tyle, co nic.
Nie szlochajcie więc farbowane lisy, bo szkoda waszej fatygi.
Poza tym, na tych wyborach świat się nie kończy. Jeśli PiS nie dotrzyma swoich obietnic, to też za cztery lata przegra z kretesem, bo drugi raz na to samo ludzi już nie da się nabrać, tylko jednej PO się to udało cztery lata temu, ale to "se ne vrati".

Refleksja dziewiąta: nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem.

Jaki jest wynik wyborów, każdy widzi. PiS dziś triumfuje, a lewica szlocha, ale za cztery lata może być na odwrót. Nie ma więc co płakać nad rozlanym mlekiem, trzeba wziąć się w garść i zacząć szybko myśleć o następnych wyborach. I to bym radził wszystkim ugrupowaniom, zarówno zwycięzcom jak i pokonanym, bo zadań przed każdą partią  jest huk, a czasu niewiele, toteż...

Refleksja dziesiąta: przestańcie w końcu pieprzyć i weźcie się do roboty.

W tym kraju jest mnóstwo do zrobienia: chora jest policja, chore sądownictwo, chora prokuratura, siły zbrojne, więziennictwo, służby specjalne, służba zdrowia i szkolnictwo. 
W zasadzie wszystkie służby w tym kraju są mniej lub bardziej chore. 
Chory jest system podatkowy.
Chora jest opieka społeczna i cały system emerytalno - rentowy.
Generalnej naprawy wymaga gospodarka, która potrzebuje dofinansowania i jakiegoś dobrego sternika, który by pomógł wyprowadzić tę nadmiernie przeciążoną i sfatygowaną łódź miotaną kolejnymi sztormami na bardziej spokojne wody, gdzie można by pomyśleć o  zrzuceniu tego całego postkomunistycznego balastu, aby ta polska łódź zaczęła wreszcie płynąć jak należy.
Jest ogrom pracy do zrobienia i ta praca cały czas na was czeka, nasi "kochani" politycy. 
I nie rozmieniajcie się na drobne tracąc czas na różne pseudoważne tematy zastępcze, typu in vitro, czy kwestia od ilu lat powinny dzieci zacząć chodzić do szkoły. Wystarczy jak przestaniecie ludzi celowo przymuszać, a więc zabraniać im stosowania metody in vitro lub też zmuszać do posyłania sześcioletnich dzieci do szkół. 
Niech to ludzie mają wybór, a nie państwo, które ich do czegoś zmusza stosując w tym celu cały swój aparat ucisku.

Przestańcie więc pieprzyć i bierzcie się do roboty.

Bo ani Europa, ani świat nie będzie na nas czekać i jak sami sobie nie pomożemy, to nie liczcie, że jakiś "dobry wujek" nam pomoże. Dobrze znamy takich "dobrych wujków" i dlatego mamy jedno życzenie: trzymajcie się od nas z daleka.
Sami sobie musimy pomóc.
My, Polacy.


piątek, 9 października 2015

W co wierzy ksiądz Charamsa?

Publiczny coming out księdza Charamsy stał się jednym z głównych tematów medialnych ostatnich dni. Nie dziwi mnie to specjalnie, bo ja także byłem lekko zaszokowany tym, co się stało; nie przypominam sobie wcześniej takiej sytuacji, aby tak wysoko postawiony w kościelnej hierarchii ksiądz otwarcie wyznał, że jest homoseksualistą, ba, pokazał się publicznie ze swoim ukochanym partnerem. 

Moje wyzwolenie dedykuję wszystkim fantastycznym osobom LGBT, jako mój pokorny hołd dla obrony naszej godności, dla naszej woli normalnego życia, dla odwagi tych wszystkich z nas, co przeciwstawili się oprawcom naszej godności, w różnych częściach świata, także tam, gdzie ślepa nienawiść wydaje się paradoksalnie wciąż coraz silniejsza, jak w mojej ojczyźnie Polsce.

Słuchając tego, co ma do powiedzenia ksiądz Charamsa zadaję sobie kilka pytań: jak to się stało, że człowiek tak głęboko przesiąknięty nienawiścią do Kościoła mógł najpierw przyjąć święcenia kapłańskie, a potem funkcjonować w kościelnych strukturach przez tyle lat? Przecież jest takie powiedzenie "widziały gały co brały". Czyżby ksiądz Charamsa przez te wszystkie lata nie wiedział jak funkcjonuje Kościół? Dlaczego wcześniej mu to nie przeszkadzało i dlaczego tyle lat czekał, aby w końcu "wystąpić przed szereg" i obrzucić błotem to, w czym samemu przez tyle lat tkwił po uszy? Jakim trzeba być hipokrytą, aby w ten sposób postąpić?

Wiem, że nie mogę już dłużej wypełniać tego, co kocham, bez ukazania mojej natury, bo musiałbym być faryzeuszem. Nie mogę już tylko po kryjomu wspierać homoseksualisty, który kocha swojego partnera. Nie mogę już tylko po cichu pocieszać lesbijek i dawać im siłę, by wytrwały w tym koszmarnym zohydzeniu, upodleniu, które jest efektem mentalności katolickiej. Muszę to powiedzieć publicznie jako teolog i jako ksiądz. Także prawdę o moim homoseksualizmie.

Ale w tym poście nie będę się szeroko rozwodził nad stopniem hipokryzji księdza Charamsy. Znacznie bardziej interesuje mnie jego sfera duchowa. Zadaję sobie mianowicie pytanie, w co tak naprawdę wierzył ksiądz Charamsa, gdy przyjmował święcenia kapłańskie? W co wierzył przez te wszystkie lata, gdy jako homoseksualny ksiądz piął się po szczeblach kariery w kościelnych strukturach? W co wierzy obecnie?

Kler w znacznej mierze jest homoseksualny i niestety paranoicznie homofobiczny, bo sparaliżowany brakiem akceptacji dla własnej orientacji seksualnej. Ale ja na dłuższą metę nie mógłbym już żyć takim podwójnym życiem. Uważam, że ksiądz ma prawo do realizowania swojej ludzkiej miłości.

Czy ksiądz Charamsa był kiedykolwiek człowiekiem wierzącym? Czy może był niewierzący już wtedy, gdy przyjmował święcenia kapłańskie? A jeśli wtedy wierzył, to w jaki sposób godził to z posługą kapłańską, którą przez tyle lat wykonywał? 
Ciekaw jestem także, jak jest z wiarą innych księży, którzy w istocie są homoseksualistami lub pedofilami? Czy potrafią pogodzić wiarę ze swoją orientacją seksualną, czy też już od dawna /a może od zawsze?/ byli niewierzący?

Kiedy zakochałem się w mężczyźnie, poczułem, że jestem coraz lepszym księdzem. Że mówię coraz lepsze kazania, że coraz lepiej potrafię pomagać drugiemu człowiekowi, że jestem coraz szczęśliwszy.

Słuchając księdza Charamsy zadaję też sobie pytanie, czym tak naprawdę różni się homoseksualny ksiądz, który publicznie przedstawia swojego kochanka, od księdza heteroseksualnego, który pokaże się publicznie ze swoją kochanką i też będzie twierdził, że odkąd żyją razem, czuje się dzięki temu lepszym księdzem?

Obudź się, Kościele, przestań nienawidzić człowieka homo czy hetero i jego tajemnicy, przestań prześladować zdrowych i niewinnych ludzi. Ja naprawdę nie chcę niszczyć Kościoła, chcę mu pomóc, a przede wszystkim pomóc ludziom przez niego prześladowanym. Moje wyjście z szafy ma być wezwaniem dla synodu i żądaniem, by Kościół opamiętał się i zaprzestał swojej paranoicznej działalności wobec mniejszości seksualnych.

W ciekawych czasach żyjemy. 
Ulicami co i rusz przechadzają tzw. "parady równości", a homoseksualni księża przedstawiają publicznie swoich oblubieńców.
Ksiądz Charamsa swoim publicznym coming outem wyważył kolejną bramę. 
Oby nie były to wrota piekieł... 


Wszystkie cytowane wyżej wypowiedzi księdza Charamsy pochodzą z tego linku.

poniedziałek, 21 września 2015

Gorączka złota w Wałbrzychu.

No i proszę, doczekaliśmy się naszej rodzimej gorączki złota.
Wszak złoto Klondike już dawno stało się passe.
Ponoć teraz cały świat emocjonuje się sprawą "złotego pociągu" rzekomo zakopanego gdzieś przy linii kolejowej na trasie Wrocław - Wałbrzych. Jak się okazuje, legendarny pociąg ma już nie tylko swoich odkrywców, ale nawet swoją nazwę - "Tadeusz".
No cóż... występuje już w naszej literaturze "Pan Tadeusz", to może być teraz "Pociąg Tadeusz", prawda? :)


Jeśli mnie zapytacie, czy wierzę w ten legendarny złoty pociąg, odpowiem niczym niewierny Tomasz: "hmm... jak go zobaczę, wtedy uwierzę" :)

A jak jest z Wami? Wierzycie?


W każdym razie z pewnością taki ukryty pociąg, cały wypełniony złotem, dziełami sztuki i innymi kosztownościami działa na wyobraźnię; z miejsca przypomina mi się literatura młodzieżowa, gdzie ukryte skarby odgrywały wiodącą rolę, jak "Hrabia Monte Christo", "Wyspa skarbów" i tym podobne :)



Ale nie cieszmy się na wyrost - wszak pociąg, chociaż jeszcze nie ujrzał światła dziennego, już został wstępnie podzielony między Rosjan, a Światowy Kongres Żydów. Podobno Rosjanie wezmą sobie z niego Bursztynową Komnatę i inne dzieła sztuki, a Żydzi - pozostałe kosztowności.



https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEjsbgO45UlmeLio_hyz8awj6lyLza6aV2pVxGKiylPb3hWbErOCYpPWN6BMhfN96gdeo86FXQUEpVoU15Jd_pZTRNtyEHWFgYe1esZXVd9e4WbX21wyt3bS7d7eX2W7aynqna3ulmFACoE/s1600/11947654_1164906443525927_2583316679694071393_n.jpg

Nam zaś przypadnie w udziale zaszczyt odkopania tego pociągu i odtrąbienia tego wielkiego sukcesu przed całym światem :)




poniedziałek, 14 września 2015

Otwieram lodówkę, a tam uchodźcy...

Witam wszystkich po wakacjach :)
Paradoksalnie cieszę się, że nareszcie przyszła jesień, a wraz z nią - jesienna pogoda, bo miałem już serdecznie dosyć tych afrykańskich skwarów, z którymi moja indywidualna klima już nie dawała sobie rady. W XX wieku temperaturę powyżej 25 st. C traktowało się jako upalną, a skwary powyżej 30 st. C trafiały się co najwyżej przez kilka dni w roku. Obecnie takie temperatury w trakcie wakacji stały się normą, ale dla mnie takie dni są prawdziwym koszmarem. Źle się wtedy czuję i źle sypiam, o ile w ogóle uda mi się zasnąć, co zazwyczaj następuje dopiero nad ranem. Wydaje mi się, że mój organizm nie miał wcześniej okazji przyzwyczaić się do takich wysokich temperatur, a teraz ma już swoje lata i zwyczajnie ogłosił bunt, czyli po prostu nie ma zamiaru się do nich przyzwyczaić... a to oznacza, że albo zmienię w wakacje klimat ma jakiś chłodniejszy, albo będę tak cierpiał już po kres moich dni... Na szczęście następne skwary czekają mnie dopiero za rok, a teraz mogę wreszcie cieszyć się przyjemnym i orzeźwiającym chłodkiem :)

Ale dość już tego termicznego biadolenia, przejdźmy do bardziej aktualnego tematu, czyli do zalewu naszego kontynentu przez uchodźców. 
O tym mówi się coraz więcej, gdzie nie spojrzę, to uchodźcy. Uchodźcy tam, uchodźcy tu, wszędzie nic tylko uchodźcy. Niedługo będę bał się lodówkę otworzyć, bo i tam znajdę uchodźców :)
Rodzi się wobec tego pytanie, co z tymi uchodźcami robić?
Przyjmować z otwartymi rękami, czy też wprost przeciwnie - zamknąć UE na cztery spusty i nie wpuszczać absolutnie nikogo? 
W krajowych mediach trwa obecnie gorąca debata na ten temat, gdzie jedni są za, a inni za, a nawet przeciw...



http://static.wirtualnemedia.pl/media/images/2013/images/uchodzcy-gazetawyborczawsieci.jpg


No cóż, jeśli o mnie chodzi, to nie mam nic przeciwko przyjmowaniu uchodźców przez Niemcy i inne kraje UE, które jak do tej pory ochoczo dawały uchodźcom schronienie. Jeśli tego chcą, to proszę bardzo, niech ich biorą, nic mi do tego.
Ale myślę, że taka polityka ma krótkie nogi, bo tylko zachęca kolejnych uchodźców do przekraczania granicy UE. A przecież nawet przy najlepszych chęciach nie pomieścimy w Europie wszystkich mieszkańców Bliskiego Wschodu oraz krajów północnej i środkowej Afryki. Niemcy najwidoczniej też zaczynają to rozumieć skoro dziś zamknęli swoje granice przed napływem nowej fali uchodźców.

Dlatego wydaje mi się, że nie tędy droga. Przyjmowanie uchodźców jest tylko doraźnym leczeniem objawów, nie zapobiega jednak samej chorobie, jakim jest problem masowej emigracji tych ludzi. A przecież wiadomo, że lepiej zapobiegać niż leczyć. Dlatego moim zdaniem UE powinna działać w tym kierunku, aby eliminować przyczyny, które sprawiają, że ludność masowo emigruje, bo jeśli się je wyeliminuje, wówczas problem uchodźców sam się rozwiąże.

Na koniec najbardziej gorący temat - przyjmować uchodźców do Polski, czy nie przyjmować? Od pewnego czasu trwa licytacja, ile to uchodźców możemy przyjąć i dlaczego tak mało? Politycy UE starają się wywierać na nas presję, mówią: 
- Tak mało uchodźców chcecie przyjąć? Wstydźcie się Polacy!
Przodują w tym zwłaszcza politycy niemieccy, a w ślad za nimi - nasze mainstreamowe media. Zapytam wobec tego - a kto się przejmował naszymi rodzimymi uchodźcami gdy trwało Powstanie Warszawskie albo rzeź Polaków na Wołyniu? Kto wówczas tym ludziom - wyrzynanym bez żadnych skrupułów, bez oglądania się na wiek i płeć - dał schronienie? 
Odpowiem tym, którzy tego nie wiedzą - nikt im nie dał wtedy schronienia. Ci ludzie nie mieli dokąd uciec, dlatego ginęli masowo, całymi tysiącami. 
Może wobec tego to my mamy moralne prawo mówić:
- Wstydźcie się Niemcy/Ukraińcy!
zamiast wysłuchiwać tych wszystkich obłudnych połajanek?

Zaś co do wiodącego tematu, przyjmować uchodźców do naszego kraju, czy nie, zapytam przekornie - a czy warto w ogóle zajmować się tym tematem? Przecież wiadomo, że żaden z uchodźców dobrowolnie w naszym kraju przebywać nie będzie, bo tu dla nich za biednie, a oni szukają dobrobytu. Przekonał się o tym pewien ksiądz ze Śremu, który przyjął rodzinę z Syrii, zapewnił im godziwe warunki życia, ale wkrótce cała rodzina bez słowa uciekła do Niemiec...

Po co więc zaprzątać sobie głowę jakimiś liczbami i wyimaginowanymi problemami?
Wystarczy jak się pokaże uchodźcom kierunek zachodni i wypowie tradycyjne: 
- Z Bogiem!


poniedziałek, 15 czerwca 2015

Za późno na przeprosiny.

Twierdzisz, że mnie potrzebujesz 
A potem idziesz i tak niszczysz mnie 
Lecz poczekaj...
Mówisz mi, że ci przykro
Nie myślałaś,że mógłbym się odwrócić 
I powiedzieć

Że za późno już na przeprosiny, za późno
Powiedziałem, że za późno na przeprosiny, za późno

Timbaland - "Apologize" /fragment/.



Okrągły rok temu wybuchła tzw. afera taśmowa związana z opublikowaniem nielegalnie zrobionych podsłuchów kilku prominentnych członków rządu, biznesmenów oraz przedstawicieli ważnych instytucji państwowych. Pisałem o tym w tym poście.

Kilka dni temu, po roku od tamtych wydarzeń, usłyszałem wreszcie słowo "przepraszam" wypowiedziane przez premier Ewę Kopacz. Owo "przepraszam" skierowane było jednakowoż nie do mnie, a jedynie do wyborców Platformy Obywatelskiej, do których siebie raczej nie zaliczam. Może to zresztą i lepiej, że te przeprosiny nie były skierowane do mnie i do całej reszty Polaków. Bo wyborców PO być może po raz kolejny uda się w ten sposób otumanić, ale z większością Polaków ten numer chyba już raczej nie przejdzie.

Zanim premier Kopacz wypowiedziała swoje słynne "przepraszam", zdecydowała się wymienić połowę ekipy rządowej tj. te osoby, które wcześniej zostały nagrane /z małymi wyjątkami/. Zrobiła to wszystko w stylu "Roma locuta, causa finita", ale o wiele bardziej wygląda to na początek końca PO niż na definitywne zakończenie całej afery.

http://www.newsweek.pl/g/i.aspx/-670/0/newsweek/635696167199930557.jpg

Katalizatorem tych wszystkich posunięć premier Kopacz okazał się niejaki Zbigniew Stonoga. Facet - zagadka, który już od dawna walczy z władzą reprezentowaną przez krajowe sądy, policję i prokuraturę. I - o dziwo - jak na razie jakoś sobie w tej walce radzi.

Niedawno, nie bacząc na grożące mu konsekwencje prawne, zdecydował się wrzucić na swój profil na FB fotokopie akt z prowadzonego przez prokuraturę śledztwa w sprawie afery taśmowej. Działając w ten sposób chłop pokazał, że ma jaja - nie uląkł się całego aparatu ucisku, jakim dysponuje władza w tym kraju.
Oczywiście w mediach natychmiast stał się "przestępcą", który "złamał obowiązujące w Polsce prawo" - czytaj - dał zdecydowany odpór w dążeniu wszystkich organów państwa, aby po cichu zamieść całą aferę "pod dywan". Efekty takiego działania Stonogi można było przewidzieć - machina państwowa zadziałała dosyć opieszale, ale tak, jak należało się tego spodziewać. A więc sam Stonoga został wezwany do prokuratury, natomiast wspomniany wcześniej profil Stonogi na FB został zablokowany. Tym niemniej - jak się okazało - takie posunięcie Stonogi było niczym podłożenie lontu do zatęchłej latryny polskiej polityki pod którą ktoś wcześniej podłożył materiały wybuchowe. I od czasu publikacji ww. akt co i rusz słychać kolejne potężne wybuchy, które eksplodują w obrębie samej "wierchuszki" polskiej władzy. Trudno dziś powiedzieć jak to się skończy, ale już teraz wyraźnie widać, że zarówno przeprosiny premier Kopacz, jak i wymiana ekipy rządowej są grubo spóźnione. Gdyby Platforma zrobiła to rok wcześniej, a więc natychmiast po wybuchu afery taśmowej, taki ruch miałby sens i być może przyniósłby pożądany efekt. Ale dziś już jest za późno - i na wymianę rządu, i na przeprosiny. Wygląda na to, że "czara goryczy" już dawno się przelała, no i jak to mówią "zupa się wylała". 

Na pytanie kim jest dziś dla mnie Stonoga odpowiem, że jest kimś w rodzaju współczesnego Robespierre'aWprawdzie nie jest to facet z mojej bajki /jak dla mnie jest zdecydowanie zbyt grubiański, wulgarny i kabotyński/, tym niemniej podziwiam go za odwagę i determinację jaką się wykazał. Nie wiem jednak, czy nie skończy podobnie jak ww. słynny francuski rewolucjonista. Bo wydaje mi się, że rozpoczął coś, co diametralnie zmieni obraz polskiej sceny politycznej, ale mam spore wątpliwości, czy sam nie stanie się ofiarą tych przemian. Bo, jak wiadomo - na przykładzie Robespierre'a i nie tylko - każda rewolucja lubi pożerać swoje dzieci. Stonoga zaś poruszył lawinę, która dopiero zaczęła swój niszczycielski pęd i dziś nikt nie wie, gdzie i kiedy ta lawina się zatrzyma.

Reasumując - za późno na przeprosiny pani premier, bo sprawy zaszły już za daleko... natomiast po tym, co niedawno zrobił Zbigniew Stonoga już nic nie będzie takie samo jak przedtem...


czwartek, 28 maja 2015

Zwycięstwo Andrzeja Dudy w wyborach prezydenckich.

Polityka czasem potrafi być nieprzewidywalna tak samo jak futbol.
Równo 10 lat temu odbył się mecz finałowy Ligi Mistrzów w którym AC Milan zmierzył się z Liverpool FC. Gdy piłkarze schodzili na przerwę wydawało się, że już jest pozamiatane bowiem Milan prowadził wówczas 3:0. A jednak w II połowie Liverpool wziął się do roboty i wyrównał stan meczu na 3:3. Dogrywka nie przyniosła rozstrzygnięcia chociaż Szewczenko miał raz ku temu wyborną okazję. Wreszcie przyszło do wykonywania rzutów karnych, w których Jerzy Dudek swoim niesamowitym tańcem w bramce chyba "zaczarował" niektórych graczy Milanu, dzięki czemu to Liverpool FC zdobył w końcu to jakże cenne trofeum. 
To był wspaniały mecz, który do końca trzymał w napięciu - a kto go nie pamięta, może sobie teraz przypomnieć.


Gdy w listopadzie ubiegłego roku Jarosław Kaczyński ogłosił, że kandydatem PiS na prezydenta jest Andrzej Duda, sytuacja była podobna do tej, jaką mieli w trakcie przerwy piłkarze biorący udział we wcześniej wspomnianym meczu. Wydawało się, że już jest "po ptokach" bowiem kandydat PO, Bronisław Komorowski miał wówczas poparcie w sondażach przeszło 60 % i mało kto wówczas wierzył, że w ogóle dojdzie do II tury wyborów prezydenckich, gdyż przewaga urzędującego prezydenta nad resztą stawki była kolosalna. To wtedy Adam Michnik oświadczył buńczucznie, że Komorowski mógłby przegrać wybory jedynie wtedy, gdyby „pijany przejechał na pasach zakonnicę w ciąży”. 
Ta wyraźna przewaga w sondażach zdecydowanie uśpiła zarówno samego Komorowskiego, jak i cały jego sztab. Kampania urzędującego prezydenta toczyła się wyjątkowo niemrawo, w odróżnieniu od energicznej kampanii Andrzeja Dudy, który powoli, ale wyraźnie zyskiwał w sondażach. I to pomimo tego, że wszystkie mainstreamowe media wyraźnie sprzyjały Komorowskiemu starając się jednocześnie maksymalnie pogrążyć kandydata PiS - jeśli ktoś jest ciekaw, jak to się odbywało w praktyce, to pod tym linkiem może zobaczyć, w jaki sposób Beata Tadla przepytuje kandydata na prezydenta Andrzeja Dudę. Nasuwa się tutaj dosyć oczywiste pytanie, skąd się wówczas wzięła ta wściekła pasja u na pozór ciepłej i sympatycznej Beaty Tadli?

Ale to co wyczyniała Beata Tadla to i tak "małe piwo" wobec tego, co wyprawiał Tomasz Lis. Ten w swoim zacietrzewieniu zatracił zupełnie jakiekolwiek poczucie rzetelności i dziennikarskiego obiektywizmu. W pewnym momencie był zaślepiony do tego stopnia, że zupełnie się zagubił i nie zauważył, że przekroczył cienką linię demarkacyjną za którą stał się po prostu śmieszny i zaczął przysparzać głosów nie wybranemu przez siebie kandydatowi, lecz jego przeciwnikowi. Obok Komorowskiego zebrała się wówczas spora grupka różnej maści "autorytetów", która tak naprawdę świadczyła urzędującemu prezydentowi niedźwiedzią przysługą, gdyż zamiast pozyskiwać dlań głosy - traciła je.

Wyniki po I turze okazały się pierwszym zimnym prysznicem dla urzędującego prezydenta i jego sztabu. Okazało się, że I turę wygrał Andrzej Duda z niewielką przewagą nad Bronisławem Komorowskim. Urzędujący prezydent wreszcie się wówczas "obudził", ale ta nagła gwałtowna aktywność urzędującego prezydenta przez wielu jego dotychczasowych wyborców została odebrana jako spóźniona i w dodatku nieszczera. Duda, który od samego początku kampanii był bardziej rzutki i energiczny przekonywał do siebie coraz więcej wyborców. Na nic zdało się coraz bardziej gwałtowne i sztuczne zaklinanie rzeczywistości przez mainstreamowe media - coraz więcej ludzi widziało zupełnie inny przekaz niż próbował im wcisnąć tabun wciąż lojalnych i dyspozycyjnych wobec prezydenta dziennikarzy. Okazało się również, że mainstreamowe media w dużym stopniu straciły swoją pierwotną siłę przekazu. Chyba po raz pierwszy w historii podczas kampanii wyborczej wiodącym medium okazał się Internet, a tam dość zdecydowanie dominowali zwolennicy Andrzeja Dudy oraz krytycy prezydenta Komorowskiego. Patrząc na to co się dzieje już na kilka dni przed II turą przewidywałem dosyć wyraźne końcowe zwycięstwo Andrzeja Dudy. Wyniki II tury potwierdziły te moje przewidywania, chociaż samo zwycięstwo było raczej niewielkie /Andrzej Duda wygrał różnicą zaledwie trzech procent, ja natomiast przewidywałem, że może to być nawet 10 - 20 procent/. 
Tym niemniej - wygrał. Dokonał czegoś, co wcześniej wydawało się niemożliwe. Podobnie było z Liverpoolem, który w tamtym pamiętnym meczu także dokonał czegoś, co na pozór wydawało się niemożliwe. 
Dlatego polityka bywa czasem równie szalona i nieobliczalna jak futbol - o czym właśnie mogliśmy się przekonać.

Wydaje mi się, że wybory prezydenckie stanowią zaledwie preludium do głębszych zmian, jakie nas niebawem czekają w politycznym światku. Rządząca od ośmiu lat PO wyraźnie traci poparcie społeczeństwa, a do głosu w coraz większym stopniu dochodzi grupa zdecydowanych kontestatorów obecnego układu, na czele których podąża Paweł Kukiz. 
Czyli - wyraźnie idzie nowe.
I dobrze, bo mam już serdecznie dosyć niektórych gąb, które od przeszło dwudziestu lat powtarzają te same puste frazesy - pora je wreszcie oderwać od koryta zwanego Polską na którym od wielu lat pasożytują.



piątek, 20 lutego 2015

Pokaż mi swoje gender, a powiem ci kim jesteś.

Sprawa ratyfikacji "Konwencji Rady Europy o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej" stała się kolejnym punktem zapalnym powodującym podział polskiego społeczeństwa.
Środowiska lewicowe popierają ratyfikację ww. Konwencji całym sercem widząc w niej nieomal coś w rodzaju "pisma świętego".
- O tak! - pieją z zachwytu - to jest to, czego brakowało w polskim społeczeństwie! Już nikt więcej nie waży się podnieść ręki na żadną kobietę! Bo jest Konwencja, która mu na to nie pozwoli!

Oczywiście naiwnością byłoby sądzić, że tak będzie. Wystarczy się nad tym odrobinę zastanowić, aby dojść do wniosku, że jest to zwykła utopia i pobożne życzenia. Bo którego domowego tyrana, sadystę i psychopatę będzie obchodzić jakaś tam konwencja skoro maltretowanie "swojej kobiety" uznaje on za coś w rodzaju codziennego rytuału? Czy zwolni rękę gdy usłyszy z ust "swojej kobiety", że właśnie ratyfikowano "Konwencję Rady Europy o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej", która mu na tego zakazuje?
Wolne żarty. Taki wykolejeniec ma w "głębokim poważaniu" wszystkie konwencje tego świata, bo w jego chorej głowie od dawna tkwi przekonanie, że to jest "jego kobieta", a w związku z tym może z nią robić to co chce. Czy ratyfikacja ww. Konwencji sprawi, że będzie mniej takich bandytów? 
Mam co do tego spore wątpliwości.

Z kolei środowiska katolickie i konserwatywne widzą w tej Konwencji nieomal źródło wszelkiego zła - coś w rodzaju złego wilka, którym straszy się małe dzieci.
- Mówimy tej Konwencji nasze zdecydowane "nie" - głoszą oburzeni - to jest wypaczanie naturalnego porządku rzeczy. To jest coś, co nigdy nie powinno ujrzeć światła dziennego, a już na pewno ludzie nie powinni się tym kierować.
Dlaczego Konwencja wzbudza taki zdecydowany sprzeciw tych środowisk? Czyżby w tych środowiskach popierano stosowanie przemocy wobec kobiet? Chyba jednak nie o to chodzi - przyczyną jest użycie w treści Konwencji demonizowanego w tych środowiskach słowa "gender" - ale o tym nieco później.

Rozumiem emocje wynikające z odmiennych światopoglądów i zupełnie innych systemów wartości. Konwencja jest w tym przypadku doskonałym papierkiem lakmusowym, który jaskrawo pokazuje, kto z jakich kręgów się wywodzi. Ale emocje wynikające ze światopoglądu nie są dobrą rzeczą w naszych wyborach. Gdybyśmy w większym stopniu kierowali się pragmatyzmem niż emocjami, wszystkim wyszłoby to na dobre.

Odrzućmy zatem emocje i przyjrzyjmy się samej Konwencji. 
Tutaj mamy jej tekst po angielsku. A tutaj - jej polskie tłumaczenie.

A teraz zostawmy na boku wszelkie przesłanki światopoglądowe i przyjrzyjmy się podobnej sprawie - podobnej z prawnego punktu widzenia. Mam na myśli wczesnowiosenne celowe podpalanie łąk przez samozwańczych "ekologów". 
Z prawnego, przeciwpożarowego i ekologicznego punktu widzenia mamy wówczas do czynienia ze zwyczajnym barbarzyństwem, które jest oczywiście karane. Niestety, podobnie jak w przypadku przemocy wobec kobiet, co niektórym degeneratom po prostu "weszło to w krew". Dlatego trudno jest ten barbarzyński zwyczaj skutecznie wytępić. Ale w tym wypadku jakoś nikt nie wymyślił żadnej "Konwencji o zapobieganiu i zwalczaniu wiosennego podpalania traw na łąkach i nieużytkach". 
Pytam zatem - dlaczego by nie ratyfikować także ww. konwencji? 
Nie trzeba, bo taki chory zwyczaj już jest objęty sankcjami karnymi? 
Ale przemoc domowa też już od dawna jest karana, a jednak pomimo tego ktoś wpadł na pomysł, że trzeba w tym wypadku dodatkowo wdrożyć konwencję, która by przeciwdziałała temu zjawisku. Pytam się po co, skoro już wcześniej było to prawnie zakazane i są na to odpowiednie paragrafy?

No dobra. A teraz przejdźmy do meritum. 
Otóż czytając tę konwencję mam nieodparte wrażenie, że ktoś usilnie próbuje mi robić wodę z mózgu. Sęk w tym, że mam takie odczucie za każdym razem, gdy czytam coś napisanego przez prawników. Ci ludzie nie potrafią niczego napisać w taki sposób, aby normalni ludzie to rozumieli. Nie, to byłoby zbyt proste. Myślę, że to jest celowa robota z ich strony. Inaczej nie mieliby pracy. Dlatego omawiana Konwencja jest dla mnie takim samym prawniczym bełkotem jak tysiące innych aktów prawnych.
Czego zresztą można było się spodziewać.

W ostatnim czasie przeczytałem dwa posty nt. omawianej Konwencji. Jeden był zdecydowanie "za", drugi zaś zdecydowanie "przeciw". Z oczywistych względów oba te posty były całkowie różne. Ale oprócz jednej rzeczy wspólnej, a mianowicie odniesienia się do treści Konwencji, oba posty łączyło jeszcze jedno - otóż ani w jednym, ani w drugim poście nie było ani jednego uzasadnionego merytorycznie argumentu przemawiającego za lub przeciw omawianej Konwencji. Na pozór może się to wydawać dziwne, ale czego można się spodziewać, skoro ludzie odnoszą się w istocie do prawniczego bełkotu?

Wróćmy teraz do demonicznie brzmiącego w uszach katolików i konserwatystów słowa "gender". W treści Konwencji ten wyraz powtarza się 23 razy /bazuję w tym momencie na wyszukiwarce słów/. Właśnie to słowo jest solą w oku środowisk katolickich i konserwatywnych.

Cóż to słowo oznacza w omawianej Konwencji?
Przejdźmy do Rozdziału I Art. 3 omawianej Konwencji, a więc do "Definicji".

W języku angielskim czytamy:
For the purpose of this Convention:
“gender” shall mean the socially constructed roles, behaviours, activities and attributes that a given society considers appropriate for women and men.

Gdy do tłumaczenia ww. tekstu użyjemy tłumacza Google, otrzymamy następujące tłumaczenie:
Dla celów niniejszej Konwencji:
"płeć" oznacza społecznie skonstruowane role, zachowania, działania i cechy , które dane społeczeństwo uznaje za właściwe dla kobiet i mężczyzn.

Natomiast oficjalne polskie tłumaczenie tego fragmentu Konwencji brzmi:
Dla celów niniejszej Konwencji:
„płeć społeczno-kulturowa” oznacza społecznie skonstruowane role, zachowania, działania i atrybuty, które dane społeczeństwo uznaje za odpowiednie dla kobiet lub mężczyzn.

Czyli co w efekcie otrzymujemy? 
"Dla potrzeb niniejszej Konwencji" słowo "gender" nagle zmieniło swoje znaczenie i zamiast "płeć" oznacza "płeć społeczno-kulturową"...
No cóż... nie mogę nazwać tego inaczej, niż zwykłą manipulacją. 
Manipulacją robioną w dodatku metodą "na chama", bo przecież wyraz "gender" nie wszedł do użytku w języku angielskim od wczoraj.

Ale nie w tym problem. Problem w tym, że doskonale rozumiem co oznacza słowo "płeć", ale "płeć społeczno- kulturowa" jest dla mnie niezrozumiała. Nawet pomimo zastosowanej definicji, która także nie jest niczym innym niż prawniczym bełkotem.
Bo co oznacza zwrot "społecznie skonstruowane role, zachowania, działania i atrybuty, które dane społeczeństwo uznaje za odpowiednie dla kobiet lub mężczyzn"? Jakie są te role, zachowania, działania i atrybuty "społecznie skonstruowane"? 
Przecież to jest zwykły prawniczy bełkot i nic poza tym.

Dlatego w stosunku do pojęcia "gender" mam jednoznaczne skojarzenia. Dla mnie to słowo oznacza po prostu "płeć", czyli jedną z immanentnych cech każdego człowieka. I nie mam najmniejszego zamiaru upatrywać w tym słowie niczego więcej.

Na koniec pokuszę się o krótkie resume.
Postrzegając otaczający mnie świat widzę w nim przede wszystkim ludzi.
A wśród nich są kobiety i są mężczyźni. I żadne zaklinanie rzeczywistości, żaden prawniczy bełkot, żadna konwencja, ani żaden "gender" tego nie zmieni.


środa, 8 października 2014

Pierwsza poważna rysa na wizerunku Jurka Owsiaka i WOŚP.

Któż z nas nie zna Jurka Owsiaka, pomysłodawcy i założyciela Wielkiej Orkiestry świątecznej Pomocy? No cóż, tego faceta znają chyba wszyscy Polacy, którzy wyrośli już z wieku niemowlęcego; przez te 20 lat z hakiem grania WOŚP stał się człowiekiem powszechnie znanym, chociaż niekoniecznie przez wszystkich lubianym. Charyzmatyczny lider WOŚP ze swoim luzackim podejściem do życia /słynne, dla niektórych kontrowersyjne hasło "Róbta co chceta"/ był często krytykowany w środowiskach uznawanych za prawicowe i konserwatywne, nie miał też najlepszej opinii wśród hierarchów KK. Nie przeszkadzało to jednak ani samemu Jurkowi, ani też Orkiestrze, która co roku, zawsze w drugą niedzielę stycznia poruszała polskie serca w ofiarowywaniu datków na szlachetne cele i prawie każdego roku notowała kolejny rekord wysokości pozyskanych funduszy. Ja także nigdy nie poskąpiłem grosza i co roku wrzucałem parę złotych do podstawionej przez wolontariusza puszki. Popierałem WOŚP całym sercem, a Jurek Owsiak był dla mnie niekwestionowanym autorytetem, który poświęcał się działając w szlachetnej sprawie.
Tak było do... zeszłego tygodnia, kiedy to sąd I instancji wydał wyrok w sprawie Jurek Owsiak vs bloger znany pod nickiem "MatkaKurka". 

Jakiś czas temu Owsiak pozwał ww. blogera oskarżając go o pomówienie i zniesławienie, których ten miał się dopuścić publikując na swoim blogu trzy bardzo krytyczne posty - dla zainteresowanych "pod spodem" podaję także właściwe linki:


Wszystkie trzy ww. posty są bardzo krytyczne wobec Jurka i prowadzonej przez niego WOŚP. W dodatku omawiane posty napisane są bardzo ciętym, napastliwym wobec Jurka językiem, co zresztą było jednym z powodów podania blogera do sądu. Oto w jaki sposób pisze bloger nt. Jurka /fragment pierwszego z ww. postów/.

"...Owsiak jest niczym seksistowski romski macho z Rumunii, który wstaje rano i ma podane do stołu, zjada, beka i w krótkich słowach wysyła swoją żonę w ciąży wraz z dzieckiem na ręku przed centra handlowe, by tam żebrały na obiad. (...) Analogia jest o tyle trafna i bolesna, że zwłaszcza na początku lat 90-tych rumuńskich rodzin na chodnikach widzieliśmy mnóstwo, w każdej mieścinie i zawsze w jednej i tej samej konstelacji – matka i biedne dzieci, nigdy żadnego faceta, nigdy króla żebraków. Do tych tysięcy młodych ludzi, którzy w najlepszej wierze kostnieją co roku na mrozie przed hipermarketami, gdy guru lata sobie F16, trudno mieć pretensje, trudno krytykować ich wrażliwość i potrzeby emocjonalne, oni autentycznie nic z tego nie mają. Owsiak nawet nie klepie po ramieniu, jest bardziej surowy od oryginału, bo romski macho po robocie rzuca swojej babie i dzieciom ochłapy ze stołu. Dziesiątki tysięcy wolontariuszy, ale też frajerów podatników niemal w każdej gminie, tylko i wyłącznie ponosi koszty, by romski król żebraczy Jerzy Owsiak mógł czerpać zyski..."

Owszem, coś tam wcześniej słyszałem w mediach, jakoby jakiś bloger próbował podkopać autorytet Jurka Owsiaka i pisał na temat WOŚP jakieś niestworzone historie, ale ponieważ Jurek od dawna miał przeciwko sobie ludzi, którzy go krytykują, więc myślałem, że to kolejna próba oczernienia WOŚP, jakich wcześniej było już wiele. Myślałem sobie "psy szczekają, karawana jedzie dalej", bo tak do tej pory kończyły się liczne próby podważenia autorytetu Jurka i prowadzonej przez niego WOŚP.
Tym razem było inaczej.
Bloger "MatkaKurka" bynajmniej nie unikał odpowiedzialności za swoje słowa - przyznał się, że to on jest autorem trzech ww. postów, podał swoje personalia, a w sądzie postanowił, że będzie się bronił sam, bez pomocy adwokata. Gdy o tym usłyszałem, pomyślałem
- no to teraz beknie na całego - Jurek go zmiażdży mając za sobą nie tylko profesjonalnego "papugę", ale także wszystkie media tzw. "głównego nurtu".

Myliłem się i to bardzo - bloger bronił się nadzwyczaj umiejętnie wykazując się przy okazji sporą znajomością prawa. I w efekcie w dość spektakularny sposób wygrał ten proces.
Decydujące znaczenie miała, jak się wydaje, odmowa dostarczenia przez WOŚP do sądu pełnej dokumentacji finansowo - księgowej pomimo trzykrotnego wezwania sądu w tej sprawie - taki wniosek można wysnuć słuchając sędziego, który uzasadnia wydany wyrok. Co prawda bloger został uznany winnym znieważenia Jurka przez określenie "hiena cmentarna", ale ponieważ Owsiak odpowiedział "pięknym za nadobne" używając kilku mało parlamentarnych określeń tym razem w stosunku do "MatkiKurki", a zatem sąd uznał, że doszło do zniewagi wzajemnej i odstąpił od wymierzenia kary blogerowi za użycie słów "hiena cmentarna".
Wydany wyrok co prawda nie jest prawomocny i może go jeszcze zweryfikować sąd II instancji, bo obie strony zapowiadają apelacje. Tym niemniej uważam, że można na podstawie wydanego wyroku wysnuć już pewne wnioski.

1. Sąd uznał, że bloger napisał trzy ww. posty w oparciu o fakty - a ponieważ "MatkaKurka" zarzucił Owsiakowi wielomilionowe przekręty i malwersacje pozyskanych funduszy WOŚP, a zatem sprawa nie jest ani błaha, ani też nie da się jej teraz "zamieść pod dywan" - można raczej powiedzieć, że "lawina ruszyła" i teraz już ciężko ją będzie zatrzymać.

2. Wyrok sądu I instacji niewątpliwie kładzie się poważnym cieniem na dotychczasowym, raczej nieposzlakowanym wizerunku Jurka Owsiaka i kierowanej przez niego WOŚP, co może się wiązać z poważnym spadkiem zaufania społecznego, a to z kolei może się wiązać z poważnym zmniejszeniem datków ofiarowanych przez polskie społeczeństwo.

3. W tej sytuacji Jurek praktycznie nie ma wyjścia - musi walczyć o to, aby oczyścić swoje dobre imię w apelacji od wyroku, inaczej ani on sam, ani kierowana przez niego WOŚP może już nie odzyskać społecznego zaufania. Bazując na moim własnym przykładzie, w tej sytuacji wstrzymam się z dawaniem dalszych datków do puszek dopóty, dopóki Jurek nie wykaże w sądzie, że MatkaKurka nie ma racji.

4. Omawiany proces wykazał też rosnącą i coraz bardziej liczącą się w mediach siłę blogów. Skoro pojedynczy bloger wywołał takie poruszenie i potrafił wygrać w sądzie z potężnym przeciwnikiem jakim jest Jurek Owsiak i prowadzona przez niego WOŚP /mające wsparcie praktycznie wszystkich mainstreamowych mediów/, to oznacza, że każdy inny bloger także może wywołać tzw. efekt kuli śnieżnej i wprowadzić spore zamieszanie medialne.

5. Zdziwienie budzi fakt, że WOŚP prowadzi swoją działalność już ponad 20 lat i jak do tej pory nikt nie wykrył w jej działalności żadnych przekrętów. A przecież każdego roku Orkiestra musi rozliczać się z zebranych środków i przynajmniej w teorii powinna być kontrolowana przez wiele różnych instytucji, które niczego dotąd nie wykryły. Tymczasem samotny bloger bazujący wyłącznie na materiałach pozyskanych z Internetu wykrył przynajmniej kilka niejasności, które już dawno powinny zostać wykryte przez powołane do tego instytucje. Oczywiście niczego nie można jeszcze przesądzić, w końcu to jest tylko wyrok I instancji, ale jeśli kolejne apelacje potwierdzą tezy głoszone przez blogera, to jak to będzie świadczyć o tych wszystkich instytucjach kontrolnych? Czy aby MatkaKurka w efekcie nie skompromituje tych wszystkich instytucji?

5. I wreszcie sprawa do której nie sposób się nie odnieść - warto "patrzeć na ręce" wszystkim organizacjom pozyskującym nasze pieniądze, także tym najbardziej charytatywnym i działającym pod szyldem pro publico bono. Bo pieniądz zawsze kusi, a im większe pieniądze są w puli tym bardziej kuszą - co niby było wiadome "od zawsze", ale proces Jurka Owsiaka vs bloger "MatkaKurka" unaocznił to po raz kolejny.

Na koniec warto zauważyć jak wydany wyrok skomentowały mainstreamowe media. Wszak otwarcie sprzyjając Owsiakowi i WOŚP musiały jakoś przełknąć tę gorzką pigułkę.
Okazało się, że ani "Wiadomości" TVP, ani "Fakty" TVN o wyroku nie powiedziały ani słowa - no bo czym tu się chwalić w kontekście tego wyroku? Co innego gdyby Owsiak spektakularnie wygrał proces, ale w tej sytuacji? Natomiast "Gazeta Wyborcza" pomimo wszystko próbowała lawirować dając tytuł na pierwszej stronie, iż "Owsiak wygrał w sądzie słynną sprawę z blogerem Matka Kurka. Salomonowy wyrok?". Tak przy okazji - już od dawna wiedziałem, że "GW" robi swoich czytelników w balona, ale że robi to w tak bezczelny sposób, tego się jednak nie spodziewałem :) Z kolei na blogu prowadzonym przez jednego z dziennikarzy "Newsweka" o nicku "Ichlip" pojawił się post o dosyć niejasnym tytule "Matka Kurka przegrała, ale wygrała". Ciekawe, że już w pierwszym zdaniu "Ichlip" samokrytycznie stwierdza, że "Można by równie dobrze napisać: MK wygrała, ale przegrała". Ciekawe, co nie? To się dopiero nazywa zaklinanie rzeczywistości pełną gębą :)

Niezależnie od tego, co jeszcze na ten temat napiszą mainstreamowe media, wyrok sądu I instancji mogę interpretować tylko jako wizerunkową klęskę Jurka Owsiaka i jego Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Jednak niczego nie można jeszcze ostatecznie przesądzać, bo jak wiadomo, wydany wyrok jest nieprawomocny.